Rozdział dziesiąty

Słońce rozpoczynało dopiero swą codzienną wędrówkę po niebie, wspinając się powoli w górę i oświetlając coraz niższe partie miasta, nad którym górowało mnóstwo szklanych kolosów. Osadzone w stalowych ramach strzelistych wieżowców szyby odbijały jasne promienie na wszystkie strony, a część z nich wpadała w okna sporego pokoju na poddaszu jednego z większych domów w okolicy. To właśnie dzienne światło nie pozwalało Ludmile spać w ciepłych, kojących ramionach Morfeusza i zmusiło ją do otworzenia oczu. Przetarła je bezwiednie i spojrzała w stronę małego zegarka w stylu retro stojącego na etażerce. Westchnęła przeciągle, opadając bezwładnie na poduszki. Lada moment Cyntia miała wparować do pokoju, nawołując do wstawania, więc Lu wolała dziś oszczędzić sobie porannych koncertów. Przeleżała jeszcze trzydzieści sekund, kumulując w sobie energię oraz silną wolę i zwlekła się z łóżka, nie mogąc opanować odruchu ziewania. 
Będąc w łazience, związała włosy w koński ogon, umyła twarz i nałożyła nań podkład, żeby zamaskować choć trochę wysyp krostek, który zwiastował zbliżający się okres.
Kiedy stwierdziła, że wygląda dobrze, zacmokała zadowolona i podeszła do garderoby, leniwie sunąc kapciami po lakierowanej posadzce. Otworzyła drzwi na oścież. W jej oczy uderzyła cała gama kolorów rozwieszona na setkach wieszaków, zwiastujących długie wybieranie. Nie miała na to ochoty, więc zamknęła oczy i na oślep sięgnęła po pierwszy lepszy wieszak. Trzymając go pewnie, otworzyła nieśmiało jedno oko, potem drugie, a jej usta wykrzywił delikatny uśmiech na widok niebieskiej, krótkiej sukienki. Nie bardzo przepadała za tym kolorem, a sama kreacja była prezentem od taty. W takiej sytuacji zignorowała kolor, bo w końcu mała odmiana jeszcze nikomu nie zaszkodziła, a zawsze mogła podrasować swój wybór dodatkami.  Tym oto sposobem zdecydowała się przełamać grzeczny wygląd sukienki paskiem nabitym ćwiekami, srebrną kolią i topornymi botkami.
Tak odziana, stanęła przed lustrem i pokiwała głową z aprobatą.
W tym samym momencie rozległo się ciche pukanie, a po chwili w pokoju pojawiła się pomoc domowa.
– Panienko Ludmiło… – Cyntia miała bardzo przyjemny, aksamitny głos, który koił maleńką Ludmi do snu, kiedy rodzice zajęci byli pracą. Chociaż nie chciała się do tego przyznać, to o niej pierwszej myślała, kiedy przez nieuwagę zdarła kolano, nie poszło jej w szkole, albo budziła się w nocy z krzykiem. O tej niskiej brunetce z włosami spiętymi w ciasny warkocz, przygarbioną sylwetką i zmarszczkami wokół oczu. Cyntia była jedyną przyjaciółką małej, rezolutnej dziewczynki, do której zawsze mogła się przytulić czy opowiedzieć o swoich rozterkach. Praca rodziców pochłaniała całe ich godziny i nie pozostawało zbyt wiele czasu na życie rodzinne. Państwo Ferro jednak nie żałowali środków na prezenty, zabawki i rozrywki dla swojego jedynego dziecka. Chcieli jakoś wynagrodzić stracony czas, aż w końcu firma rozrosła się na tyle, że nie musieli jej już tak skrupulatnie doglądać.
– Zaraz zejdę! – krzyknęła z garderoby i porwała ze stolika ciemną, skórzaną torebkę, do której zapakowała telefon, portfel i inne najpotrzebniejsze rzeczy. Drzwi garderoby, a później pokoju zatrzasnęły się cicho pod wpływem siły jej rąk, a na korytarzu rozległ się odgłos rytmicznego stukania obcasów o posadzkę. Ludmiła pokonała schody i znalazła się w jadalni, gdzie do stołu zasiadał jej ojciec – Javier Ferro – ubrany w elegancki garnitur, który wybrała mu na ostatnich zakupach. Uśmiechnęła się na jego widok i pocałowała tatę w policzek. Jego zarost lekko ją podrapał, ale nie przejęła się tym.
– Cześć, słoneczko – przywitał się szpakowaty mężczyzna i otaksował córkę wzrokiem. – Ślicznie ci w niebieskim, muszę częściej kupować ci ubrania – oświadczył, a Ludmiła wywróciła oczami i usiadła na krześle uważając, aby nie przygnieść niepotrzebnie materiału sukienki, która niespodziewanie zaczęła jej się podobać.
– A tobie w szarym – oddała uprzejmość i zajęła się nakładaniem sałatki warzywnej na swój talerz, a tata pogrążył się w milczeniu, wertując gazetę w oczekiwaniu na Cyntię i kawę.
Ludmiła w domu wydawała się inna niż zwykle. Z powodzeniem wczuwała się w rolę potulnego baranka, jaką odgrywała przed rodzicami. W zaciszu czterech ścian czuła się bezpieczna, a jej niezagrożona pozycja nie wymuszała na niej stałych defensyw i odpowiadania na ataki. To był azyl – miejsce, gdzie powiedzenie „po trupach do celu” jakiego nauczył ją ojciec było tylko teorią, a wszelakie intrygi i spory, w jakie była zamieszana, stanowiły odległe obrazy majaczące zza mgły.
Naprawdę to lubiła. Lubiła zmieniać otoczenie i nakładać coraz to nowe maski i wersje prawdziwego ja, ukazując ludziom to, co chciała im ukazywać. Można powiedzieć, że stała się w tym mistrzynią na własnym poletku – ona – piękna, młoda, utalentowana i gotowa na wszystko, by sięgnąć gwiazd. Życie nauczyło ją, że trzeba pokonywać wszystkie przeciwności,  zamiast starać się je omijać, nawet jeśli z pozoru wydają się nieszkodliwe.
Zdystansowanie przychodziło jej z trudem, a w niektórych przypadkach było prawie niemożliwe. To właśnie stanowiło największy problem Ludmiły. Zawsze musiała trzymać wszystko pod kontrolą, a wszelki przejaw niezdyscyplinowania w jej wyimaginowanym szeregu doprowadzał Lu do szewskiej pasji i paniki. Była najlepsza. Zdecydowanie najlepsza w Studio i poza nim, dlatego uważała, że oprócz atencji, należy się jej szacunek. Tak, szacunek był sprawą pierwszorzędną.
Wystarczyło kilka wrześniowych dni, tak bardzo odległych, aby całe Studio było w stanie oszaleć na punkcie jednej osoby, co znacznie podkopało morale Ludmiły, które po chwili przerodziły się w bojowy szał pomocny przy załatwianiu osobistych porachunków. Typ tak dominujący jak Ludmiła, nie znosił konkurencji, a w Studio uczyć się mogła tylko jedna królowa.
Z taką myślą wsiadła do samochodu Alfreda, który zawieźć ją miał tego dnia do centrum miasta. Obserwując zmieniające się za szybą krajobrazy, toczyła w głowie potyczki i układała rozmaite strategie, mające zadać mata Violetcie.
Na swój sposób ta gra bawiła Ludmi, a zarazem porażała swoją bezsensownością, ale po niemal roku nie potrafiła się tak po prostu od tego uwolnić. Knucie czy wzbudzanie zainteresowania stało się dla niej hobby, sposobem na życie i pożywką. Rola czarnej owcy w Studio była ciekawym doświadczeniem, zwłaszcza, że dzięki temu nie musiała przykręcać hamulców moralnych, ani martwić się o zdanie innych. Pokazała im takie oblicze i wszyscy już do niego przywykli, ale przyszedł czas, aby zmienić trochę zasady gry.

Kiedy dojechała pod Studio, nie oglądając się za siebie wparowała do kolorowego budynku i, stawiając szybkie, pewne kroki weszła do klasy Angie, gdzie zebrała się już większość jej grupy. Dzisiaj rozpoczynały się przesłuchania, więc spotykali się tylko na godzinę, a później mogli chodzić samopas i analizować poczynania potencjalnych kolegów.
Nie zdziwiła się, kiedy zlustrowali ją wzrokiem. Lubiła, kiedy na nią patrzyli i zawsze w takich chwilach zastanawiała się, jak wielkie pomniki wznoszą jej w myślach. Miała ochotę parsknąć śmiechem, ale jako jedyna postanowiła okazać trochę poloru w towarzystwie i przywitała się głośno, w środku umierając ze śmiechu.
– Cześć – powiedziała i, nie czekając na żadną reakcję, usiadła na najwyższym podeście w kolorze pomarańczu. 
Każde alter ego, jakie kiedykolwiek ukazała, każda maska jaką przywdziała na twarz zawierała jakąś cząstkę prawdziwej Ludmiły. Pewną siebie, nieśmiałą, zarozumiałą, kłamliwą, szczerą, wspaniałomyślną. Była jedyną osobą, która jeszcze potrafiła odnaleźć się w tym bałaganie, jaki sama wokół siebie stworzyła. Naty już dawno straciła rezon. A tymczasem przepis na Ludmiłę Ferro był genialny w swej prostocie. Była po prostu kameleonem i dlatego nikt nie mógł za nią nadążyć, bo zdobyła umiejętność błyskawicznego dopasowywania się do sytuacji i odpowiadania na niuanse losu. Była sokołem obserwującym każdy ruch swojej ofiary, na tyle bystrym, by wyciągać zaskakujące wnioski, a zarazem miała coś z sępa, który góruje wysoko nad głowami ludzi w cierpliwym oczekiwaniu na zatopienie dzioba w krwawym mięsie. Była pięknym pawiem, dostojnym tygrysem i dachowcem, który chodził własnymi ścieżkami.
Jestem Ludmiła Ferro i inni tańczą jak im zagram.
– Dzień dobry – śpiewny, melodyjny głos Angie Carrary rozbrzmiał w sali, a Ludmile ukazała się zgrabna sylwetka trzydziestolatki. Ubrała się dzisiaj inaczej niż zwykle, dużo bardziej reprezentacyjnie, ze względu na owe przesłuchania.
– Dzisiaj będzie krótko, ale bardzo intensywnie – uśmiechnęła się szeroko.
Jestem Ludmiła Ferro i inni tańczą jak im zagram.


Półtora godziny później Ludmiła była już wolna, siedziała na sporym, niebieskim parapecie i obserwowała tłum zdenerwowanej młodzieży w różnym wieku, którzy oczekiwali na swoją kolej. Jedni podrygiwali spazmatycznie, inni ćwiczyli układ, a jeszcze inni zawiązywali już pierwsze znajomości, mając nadzieję, że spotkają się znowu po ogłoszeniu wyników. Ludmiła patrzyła na ich twarze i wyobrażała sobie jak będą wyglądały po ogłoszeniu wyników. W większości przypadków nie będą to rumieńce podniecenia, a grymasy złości i rozgoryczenia. Nie mogli przyjąć wszystkich i rozumiała to zarówno Ludmi, jak i osoby, na które spoglądała z zaciekawieniem. Dla nich wszystkich każdy sąsiad w kolejce po miejsce w Studio jest również tym, który im to miejsce może odebrać. Nie rozumiała więc śmiechów, gratulacji ani żadnych prób zmienienia rzeczywistości. To konkurencja. I nawet jeśli robili dobrą minę do złej gry, to podświadomie każdy z nich musiał prędzej czy później zdać sobie z tego sprawę. Miejsc nie było kilkaset, stu a nawet kilkudziesięciu.
W tym całym tłumie, czekając na Naty, Ludmiła dostrzegła również tych, których pewność siebie wręcz epatowała na prawo i lewo, onieśmielając innych. Nie musieli ćwiczyć, podrygiwać w rytm melodii, nucić wyćwiczony utwór, stroić po raz dziesiąty gitary. Jedni po wyjściu z sali przesłuchań mogliby obdarzyć całe studio swoim optymizmem, inni zaś wychodzili z przygarbionymi plecami i podkulonym ogonem, wracając zdecydowanie „na tarczy”.
– A ty ciągle tutaj siedzisz? – Ludmiła usłyszała ponad sobą głos Natalii.
– Spójrz tylko – wskazała zamaszystym ruchem ręki korytarz zapełniony ludźmi. – Trzy czwarte może tylko pomarzyć o tym, żeby się tutaj dostać. Czy to nie smutne?
– Nagle martwisz się ich losem?
Ferro parsknęła, już miała oponować, ale przypomniała sobie swoje postanowienie. Tańcz, Naty, tańcz.
– Większość z nich zasługuje na to miejsce w mniejszym lub większym stopniu, ale nie można mieć wszystkiego – powiedziała dobitnie, zastanawiając się, czy przypadkiem nie przesadziła z tą wypowiedzią.
– Serio tak myślisz? – Naty usiadła koło niej i wygładziła materiał fioletowej bluzki.
– Inaczej pewnie bym tego nie mówiła, prawda? – Wydęła usta kpiąco, chcąc stworzyć pozory płynnego przejścia w inne role.
– Tak… W sumie… to tak. – Brunetka przyznała Ludmile rację i utkwiła spojrzenie w nieco nieforemnej kolejce, posuwającej się do przodu w żółwim tempie. Pamiętała jak przez mgłę swoje przesłuchania, natomiast wciąż czuła gęsią skórkę na wspomnienie nerwów w związku z ogłoszeniem wyników i bezgraniczne szczęście po ich przeanalizowaniu. No i to czekanie na występ, trema i stres zjadały ją od środka niczym robak, a ona nie mogła nic z tym zrobić.
Problemy z występami miała od zawsze i tylko dzięki Studio zaczynały powoli znikać, ustępując euforii w związku z byciem na scenie. Dlatego rozumiała, co czują ci ludzie i jakaś jej część chciałaby choć trochę umilić im ten czas.
– Ludmi! A może zaśpiewamy coś wspólnie, żeby zabić czas?
Ludmiła spojrzała na nią pytająco, ale po chwili dostrzegła w tym szansę pokazania szansę poziomu, poprzeczki, do której „nowi” muszą doskoczyć.
– Naty, prawdziwa z ciebie wylęgarnia świetnych pomysłów! Naprawdę! – Klasnęła w dłonie i wstała, kierując się do sali instrumentalnej. Zasiadła do fortepianu, potarła dłonie i zaczęła wypróbowywać palce, grając melodię Juntos somos mas. Po chwili pojawiła się też Natalia, prowadząc za sobą Maxiego, Violettę i resztę tej… bandy. Wywróciła oczami, gdyż była święcie przekonana, że brunetce chodziło o nie same, a nie o pół Studio!
Westchnęła i rozpoczęła utwór, którego melodię chwilę później słychać było w połowie Studio.

Oh oh oh oh eh eh eh ehoh…
Nie zdążyło minąć dziesięć sekund, jak Maxi puścił jeden ze swoich podkładów, a Andres zajął się wybijaniem rytmu na bębnach. Poczuła uginającą się ławkę, na której tuż obok miejsce zajął Broduey, tym samym uwalniając ją od ponurego obowiązku akompaniowania.
Większość grupy już wyszła na korytarz, a Ludmiła zaraz za nimi, dając się ponieść temu, co tak naprawdę kochała. Muzyce.


Do zabawy wciągnięto prawie wszystkich kandydatów, łącznie z oceniającymi ich popisy Pablem, Angie, Jackie, Beto i Antoniem. Widocznie głośna muzyka przeszkodziła im w debatowaniu, ale nikt nie miał uczniom tego za złe. Wszyscy potrzebowali jakiegoś sposobu na rozładowanie napięcia, dlatego po wszystkim Antonio śmiejąc się głośno, zabrał głos:
– No, to ten epizod już mamy za sobą. Zapraszam kolejnego kandydata, numer pięćdziesiąt pięć.
Violetta rzuciła okiem w stronę jej potencjalnego kolegi i zamarła w bezruchu.
– A ten co tu robi? – Usłyszała pytanie Francesci i wzruszyła ramionami. Zanim Diego wszedł do sali, posłał jeszcze Violetcie długie spojrzenie, od którego uciekła speszona.
– Nie wiem, ale jeśli się tu dostanie, niech nie liczy na komitet powitalny z mojej strony.
– Ach tak? – Do rozmowy włączyła się Camila. – A mi się wydaje, że coś poróżowiałaś na twarzy i to bynajmniej z powodu gorąca.
– Prawda? – Francesca przyznała jej rację, uśmiechając się szeroko.
Violetta poirytowała się.
– Dziewczyny, przestańcie wymyślać teorie spiskowe, zanim komuś stanie się krzywda!
– Na przykład nam?
Castillo uśmiechnęła się szeroko. – Właśnie was miałam na myśli!
– Nie wiem jak wy, ale ja idę posłuchać wokalnych popisów tego przystojniaka.
– Krzyżyk na drogę! – Violetta pomachała dziewczynom na pożegnanie i została sama w wielkim tłumie ludzi. Nie bardzo miała ochotę wracać do domu, a w pobliżu nie było nikogo znajomego, więc bezwiednie przygryzła wargę i ruszyła w stronę klasy, ale drogę zagrodziła jej Ludmiła.
– Violu, nie idziesz oglądać przesłuchań? – zapytała i rozluźniła ręce, które do tej pory miała założone na piersi.
– Nie, nie mam na to ochoty. – Castillo chciała ją wyminąć, ale krok w bok panny Ferro jej to uniemożliwił.
– Tylko raz do roku możesz przekonać się, jakie miałaś niewiarygodne szczęście, że się tu dostałaś spośród tylu kandydatów. – Wskazała dłonią wszystkich zebranych i korzystając z nieuwagi szatynki, pchnęła ją do sali, między Camilę a Francescę.
Kiedy Ludmiła zmusiła ją do wejścia, Diego właśnie puszczał podkład swojej piosenki, wyraźnie zadowolony z siebie i najpewniej ze swoich odpowiedzi w tradycyjnie przeprowadzanym wywiadzie. Muzyka rozbrzmiała w klasie i Violetta wreszcie mogła się przekonać, jakim głosem dysponuje jej prześladowca.

Usłyszeć i poczuć
Czuję jaki masz zamiar,
Szalony, szalony, szalony

Zrozumieć i poczuć
Złamanych serc
Jestem królem, i słońcem, królem, królem słońce

Pewność siebie wyzierała z każdego ruchu i wyśpiewanego słowa. Zachowywał się tak, jakby robił to od zawsze, jakby to był odruch naturalny jak oddychanie i Violetta poczuła w środku niewymierną chęć wygarnięcia ojcu tego, że tak długo izolował ją od świata, tworząc ze swojej córki ułomną istotę zmuszoną do tego, by wszystkiego uczyć się od nowa. Być może Diego urodził się w domu, gdzie muzyka istniała od zawsze, być może nie był zamknięty w mydlanej bańce. Głos miał lekko skrzeczący, ale dzięki temu bardzo charakterystyczny. Musiała to przyznać: śpiewał niemal od niechcenia i wychodziło mu to świetnie.
W tym momencie Diego obrócił się w stronę drzwi i uśmiechnął na widok obserwującej go grupy. Spojrzenie ciemnych oczu wbił w Violettę, która postanowiła wytrzymać jego napór, nie zdradzając niczego mimiką. Nie rozumiała postępowania ani motywów tego chłopaka, a przede wszystkim własnych myśli, które krążyły wokół tego osobnika, jak chmara komarów w ciepły, letni wieczór. Próbowała je przeganiać w inne miejsce, ale nic to nie dawało, dlatego z tym większą ulgą zareagowała na wibrację w kieszeni błękitnych spodenek.
Odwróciła się na pięcie i wyszła z sali, jednocześnie sięgając po telefon. Zanim odebrała, przecisnęła się do wyjścia i, kiedy upewniła się, że nikomu nie przeszkodzi swoją rozmową, nacisnęła przesunęła zieloną słuchawkę na dotykowym ekranie.
– León – powiedziała z ufnością w głosie i nie pomyliła się co do rozmówcy, gdyż chwilę po niej rozbrzmiał przyjemny dla ucha głos jej chłopaka.
– Gdzie jesteś? Szukałem cię po całym studio.
– Oglądałam przesłuchania, teraz stoję przed studio – wyjaśniła, skubiąc w palcach rąbek pudrowo różowego topu z lejącego się materiału, zapinanego z tyłu na guziki. Odpowiedział jej już nie głos Leóna, ale jego silne ręce, które położył na szczupłych ramionach Violetty. Odwróciła się i zobaczyła jego uśmiech, odsłaniający białe zęby. Rozłożył ręce, a Viola wtuliła się w jego tors opięty ciemną koszulą.
León zmarszczył brwi i objął ją mocno.
– Coś się stało? – zapytał.
Violetta pokręciła przecząco głową i spojrzała na zegarek zapięty na lewej ręce. Niebieska wskazówka odliczała kolejne minuty do obiadu, na który nie mogła się spóźnić drugi raz z rzędu.
– Muszę iść – wyjąkała, odsuwając się nieznacznie od Leóna. Ten nic sobie nie zrobił z tego gestu, tylko splótł swoją dłoń z dłonią dziewczyny.
– Odprowadzę cię. – Ton głosu oznaczał mniej więcej tyle, że nie miał zamiaru dać się zbyć byle wymówką, Violetcie to odpowiadało, ponieważ chciała jak najdłużej cieszyć się obecnością chłopaka.

– Mam wrażenie, że dzisiaj jesteś nie w sosie. – Usłyszała koło ucha po kilku minutach spokojnego spaceru wzdłuż parkowych alejek. Powietrze raz po raz przecinały cieniutkie nitki babiego lata i Vilu napawała się tym widokiem, chłonąc tym samym całą sobą ciepło promieni słonecznych. Na to stwierdzenie jej brew powędrowała do góry, a usta zmieniły ułożenie w delikatny grymas, który ani nie potwierdzał spostrzeżeń Leóna, ani im nie oponował. Ten dzień był… Cóż, dziwny, niosący ze sobą mnóstwo niespodziewanych myśli. Postanowiła odwrócić kota ogonem, słusznie zresztą.
– Ty też jesteś nieobecny. Wszystko w porządku?
– W pewnym sensie nie.  – Odpowiedź nadeszła po chwili wahania, która była długa niczym godzina.
Violetta ścisnęła mocniej jego dłoń, zastanawiając się czy chodzi o nią. Miała ochotę spytać wprost, ale León nie wyglądał na skorego do zwierzeń, a nie chciała w żaden sposób wchodzić z buciorami między jego myśli.
Milczeli przez dłuższą chwilę pokonując kolejne ulice prowadzące do domu Castillo. Ku frustracji Violetty, nie było to przyjemne doznanie, do jakiego przyzwyczaiły ją chwile sam na sam z chłopakiem. To milczenie przepełnione było niedopowiedzeniami, niekończącą się listą pytań i odpowiedzi, które same przychodziły na myśl.
W końcu nie wytrzymała.
– León, martwię się o ciebie – zaczęła, zanim ugryzła się w język, stwierdzając, że to posunięcie było nietaktowne i traktowało o tym, jakoby Violetta mu nie ufała. A ufała mu bardzo. Tylko… po prostu… Te myśli ją dołowały.
Chłopak potarł czoło wierzchem dłoni ze zdenerwowania, wyczuwając to samo uczucie w głosie dziewczyny. Nie chciał, żeby się przejmowała. To co się działo w jego rodzinie jej nie dotyczyło. A działo się gorzej. Rodzice uspokajali: to przejściowe, dwa miesiące, większy przetarg i się odbijemy. Jednak León wiedział swoje. Czasem w nocy, przechodząc przez korytarz do łazienki, kierowany ciekawością zaglądał do gabinetu i czytał wyciągi bankowe, umowy, faktury. Nie wszystko rozumiał, ale nie był głupi.
Nie chodziło już o studio, nie chodziło o klub czy przedszkole. Chodziło o przyszłość jego rodziców, jego i przede wszystkim Gwiazdki.
Zanim się zorientował, znowu odpłynął w nieznane na łódce o żaglu napędzanym wiatrem niesfornych myśli. Zamrugał gwałtownie i spojrzał w oczy Violetty, wyczekującej w napięciu jego słów.
– Nie martw się. – Pogładził ją po policzku. – Po prostu od jakiegoś czasu mamy w domu pewne problemy, ale nie jest to coś, czym musisz się przejmować.
Przygryzła wargę, trochę zawiedziona.
– Masz rację – przyznała po chwili i stanęła naprzeciwko Leóna, patrząc mu w oczy. – Nie muszę się przejmować, ale nie pomyślałeś o tym, że chcę? Twoje problemy to moje problemy.
W jego oczach była teraz najniewinniejszą z istot i gdzieś do podświadomości przebijało się przeświadczenie, że nie mógł lepiej ulokować swoich uczuć.
– Jesteśmy już prawie u ciebie, nie ma sensu teraz o tym gadać. – Uśmiechnął się, jednocześnie starając, aby gest ten nie wyglądał na wymuszony. Po minie Violetty nie był przekonany, czy uwierzyła w jego szczerość.
Zatrzymali się pod zabudowaną bramą z ciężkiego, ciemnego drewna. León pochylił się, żeby złożyć na policzku Violetty pożegnalnego buziaka, jednak ta przekręciła twarz w jego stronę i złączyła ich usta w krótkim pocałunku.
– Nie wypuszczę cię tak łatwo. Pewnie jesteś głodny. – Zacisnęła drobne dłonie na jego nadgarstku i zaczęła ciągnąć go w stronę domu, nie robiąc sobie nic z protestów Leóna, które słabnęły z każdym krokiem pod naporem uporu ciemnowłosego dziewczęcia.

– Violetto – German zerwał się z kanapy na widok córki tak gwałtownie, że siedząca obok kobieta musiała się mocno postarać, aby nie wylać zawartości porcelanowej filiżanki, jaką była aromatyczna, parująca kawa.
– Cześć, tato. Zaprosiłam Leóna na o. biad. Nie masz nic przeciwko, prawda? – zapytała, ale ton jej głosu jasno wskazywał, że postawiła go przed faktem dokonanym, na którego nie ma wpływu.
– Dzień dobry, Panie Castillo. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam. – León przywitał się, podając mężczyźnie dłoń.
– Nie, absolutnie. – Uniósł dłonie w geście aprobaty i zerknął na wciąż siedzącą kobietę, która uśmiechała się delikatnie, zaciekawiona nowoprzybyłymi. Włosy do ramion miała delikatnie zakręcone, a biała koszula jaką dziś założyła była nieskazitelnie biała. German, który dopiero co przypomniał sobie o jej obecności, powiedział szybko:
– Violu, chcę abyś poznała Esmeraldę. Jest przedstawicielką firmy, z którą rozpoczynamy współpracę w przyszłym miesiącu.
Violetta dygnęła w wyuczonym geście, kiedy kobieta podała jej dłoń. Uścisnęła ją delikatnie i powiedziała:
– Bardzo mi miło.
– Mi również – odpowiedziała i zwróciła się do pana Castillo: – Ma pan naprawdę piękną córkę.
– Też tak uważam. – Uśmiechnął się szeroko.
León, mimo obecności Violetty, był spięty i w tym momencie uważał, że niepotrzebnie dał się zaciągnąć do domu.  Jego wizyta mogła być krępująca zarówno dla pana domu, jak i jego biznesowego gościa, a on zwykł nie pchać się tam, gdzie go nie chcieli. Mleko zostało rozlane, a on z ulgą zarejestrował w głowie wołanie Olgi do stołu, bo oznaczało to, że w optymistycznym przypadku za pół godziny mógł się znaleźć z Violettą w zaciszu jej pokoju, nie wadząc tym nikomu.

Nikt nie zdążył jeszcze na dobre się zadomowić na prostych, drewnianych krzesłach, a w domu pojawił się kolejny gość. Domownicy bez trudu rozpoznali głos Angie, w nuconej przezeń melodii. Blondynka odłożyła torbę na wieszak i wchodząc do aneksu jadalnego rozejrzała się, natychmiast zauważając Leóna.
Jego widok jej nie zdziwił. Chłopakowi dość często zdarzało się jadać w tym domu posiłki, zawsze siadał wtedy na jej miejscu, koło Violetty, a ona zadowalała się naprzeciwległym krzesłem. Tego dnia jednak było ono zajęte.
– Dzień dobry – powiedziała pogodnie i podeszła bliżej, rzucając pytające spojrzenie Germanowi. Ten ponownie wszedł w rolę gospodarza, unosząc się na krześle, by przedstawić kobiety.
– Esmeraldo – zaczął od gościa nie będącego domownikiem. – Poznaj Angie, siostrę mojej zmarłej żony i guwernantkę Violetty. Angie, to Esmeralda, przedstawicielka firmy, z którą dane mi będzie współpracować.
Wymieniając z nieznajomą uścisk dłoni zwróciła uwagę na jej śliczną twarz i nienaganną prezencję, jaką wykazywała ta ubrana w typowo damski garnitur kobieta. Carrara musiała powstrzymać chęć spojrzenia w dół, na swoje nieco wytarte dżinsy, kamizelkę i prostą, lnianą bluzkę z bufiastymi rękawami.
Kiedy uprzejmościom stało się zadość, Olga przyniosła wielki, zdobny półmisek, na którym leżały przyrządzone według jej ściśle tajnego przepisu ryby.

Angie, z braku innych możliwości, usiadła między Ramallo a Violettą, przy krótszym boku stołu. Momentalnie zapadła cisza przerywana jedynie pojedynczymi pobrzdękiwaniami sztućców. Angie wraz z obecnymi przy tym stole ludźmi nie przypuszczała, że te ten niepozorny posiłek stanie się zapowiedzią czegoś nowego i swoistym preludium katastrofy. 

#
Rozdział o znikomej wartości merytorycznej, tak zawsze mam, kiedy wypadnę z formy. Niemniej jednak, być może cokolwiek w nim Wam się spodobało, żebym nie musiała przyznawać przed samą sobą, że jestem kompletnie do kitu. 
Jak widzicie, odeszłam całkowicie od pierwszoosobowej narracji, ponieważ uznałam, że czas eksperymentów, o którym pisałam na początku dobiegł końca i pora się ustatkować. Tak więc to robię. 
Jako że za tydzień wyjeżdżam na obóz, postaram się wysmarować coś w tym tygodniu i ustawić, żeby opublikowało się w trakcie mojego detoksu od świata zewnętrznego. To coś jak obóz przetrwania, w lesie nad morzem, bez prądu.  A ja potrzebuję odpoczynku jak diabli od wszelkiej maści elektroniki. 

28 komentarzy :

  1. Jeeeest! Nareszcie kolejny rozdział i do tego jest świetny!

    OdpowiedzUsuń
  2. Moim zdaniem piszesz świetne rozdziały. Dużo opisów i chyba żadnych błędów gramatycznych. Z tymi dwoma rzeczami mam zwykle problem :D Fajnie, że napisałaś dużo o Ludmile :) Czekam na kolejny rozdział! Mam nadzieję, że uda ci się go napisać w tym tygodniu :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo mi się podoba! Będę wchodzic częściej :)
    http://violettadisneypoland.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, już nie przesadzaj, wyszło ci świetnie :) Aż chce mi się płakać, jak to widzę - też zdecydowałam się na prowadzenie bloga i chociaż napisałam dopiero prolog i 1 rozdział, dochodzę do wniosku, że pora się z tym pożegnać. W porównaniu do twojego opowiadania, moje jest strasznie dziecinne i bezsensowne. Gdybyś mogła wejść i skomentować byłabym bardzo wdzięczna. Tylko łagodnie, bo załamię się psychicznie ;3
    swiat-violetty-moja-historia.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. Super blog!
    I chciałam poinformować, że przez mojego bloga zostałaś nominowana do nagrody The Versatile Blogger.
    Więcej informacji tutaj --> http://england-changed-my-life-one-direction.blogspot.com/
    xoxo Sisi

    OdpowiedzUsuń
  6. Szczerze wątpię, że ten komentarz będzie choć trochę sensowny, ale tak to już bywa, kiedy można liczyć jedynie na niesamowicie mulący internet w telefonie. Zacznę od tego, że cieszy mnie ta zmiana narracji na jednolitą. Mieszana była faktycznie fajnym eksperymentem, ale mimo wszystko jestem zwolenniczką tradycyjnej trzecioosobowej. Kocham sposób w jaki piszesz o Ludmile, jak ją opisujesz - jej sposób bycia, myślenia. Bardzo naturalnie Ci to wychodzi. Jestem ciekawa Esmeraldy w Twoim wydaniu. Zastanawia mnie też, co będzie z Leonem, a raczej jego rodzinnymi problemami materialnymi. Ale sceny z nim i Vilu jakoś osłodziły mi wieczór. Czekam niecierpliwie na kolejny rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dzisiaj znalazłam twojego bloga i pochłonęłam wszystkie rozdziały momentalnie - co nie było proste, bo piszesz naprawdę długie posty. Uwielbiam długie rozdziały! I do tego nie ma błędów, wszystko jest pięknie opisane, brak nierealnych sytuacji... cudo! Czekam z niecierpliwością na następny rozdział.
    Buziaki,
    M. ;*
    http://vilu-y-leon.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  8. super ;*
    http://violetta-disneychannelpl.blogspot.com/ - zapraszam ;d

    OdpowiedzUsuń
  9. No więc veni, vidi... i zostałam na trochę dłużej ;D
    Dziewczyno, nie będę już mówiła, jak wielki opiernicz z mojej strony Ci się należy, bo nie starczy mi przepustki, a tygodnia czekać nie zamierzam. Dodatkowo jestem wykończona, więc tym razem Ci się upiekło, ale następnym razem, uwierz, nie ujdzie Ci na sucho. Dobrz, przechodzę do konkretów. Bardzo dobrze wyszedł Ci ten rozdział, i nie mam zamiaru dłużej słuchać smęcenia o "znikomej wartości merytorycznej", bo to zwykła skromność geniusza. Doczekałam się i Esmeraldy, i to Ci na plus. Może wreszcie Angie ruszy jaśnie wielmożne cztery litery i zacznie się starać, bo póki co kręci się w kółko jak nakręcana zabawka. Vilu? Jak zwykle dramatycznie rozdarta, ale może jeszcze coś z niej wyrośnie. No i Ludmiła, której mi brakowało, no po prostu wszystko jest, co być powinno. I choć wiem, że przeczytasz to dopiero za jakiś tydzień, ale i tak radzę Ci się pospieszyć z następnym, ja wiem, że Wena to kapryśna kochanka, ale podjęłaś się bloga, to pisz! Amen.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zostałaś mianowana do LBA! Szczegóły u mnie violetta--muzyka.blgospot.com

    TINI STAS

    OdpowiedzUsuń
  11. Zostałaś nominowana u mnie na blogu do The Versalite Blogger Award!

    OdpowiedzUsuń
  12. Zapraszam na mojego bloga o Violetcie http://zuzka5000.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  13. ESMERAAALDAA!!! Jak ja jej nie cierepię!
    Fajny rozdział, choć przyznam się szczerze, że nie czytałam całeego, bo trochę nie miałam czasu, ale naprawię swój błąd.
    Szkoda, że do takich długich rozdziałów nie dodajesz obrazków.. Nie chcę nikogo obrażać, ale w tedy trochę lepiej się czyta - ale to Twój pomysł.
    Ja zapraszam do siebie:
    http://violetta-scenariusze-byash.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja uważam, że obrazki są zupełnie niepotrzebne i tylko popsułyby cały efekt czytania. Przy tak szczegółowym opisie wydarzeń trudno nie zacząć tworzyć ich obrazu w głowie, a obrazki niszczyłyby wszystko, co tworzy wyobraźnia.

      Usuń
  14. Ach,czytam ten rozdział kolejny raz i znowu,czuję nieznośną chęć krzyku..Esmeralda..-.-
    Kiedy dodasz kolejny,fantastyczny rozdział? ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. świetny <3

    zapraszam do mnie
    http://magicznaprzyjazniludmiivioli.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  16. Pięknie... :) Urzekłaś mnie jak zawsze. :)
    Viel. <3

    OdpowiedzUsuń
  17. Super ;p

    zapraszam do mnie http://violleta-i-jej-przyjaciele.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  18. Nominowałam Cię do Libster Awards
    Szczegóły na moim blogu :)

    http://violleta-i-jej-przyjaciele.blogspot.com/2013/09/lieber-blog-awards.html

    OdpowiedzUsuń
  19. Witaj <3 wynalazłam twojego bloga i przeczytałam dosłownie wszystkie rozdziały. Piszesz wspaniale, ciesze sie, ze nie ma tu samych dialogów tak jak w większości blogów. Cóż mogę więcej powiedzieć ? Jest idealnie. :)
    Czekam na next i zapraszam do siebie <3 mam nadzieje, ze wpadniesz.
    http://naxi-the-beginning-of-big-love.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  20. PORZUĆCIE WSZELKĄ NADZIEJĘ, KTÓRZY TU WCHODZICIE.
    Nie, to nie Piekło Dantego. To blog, o którym autorka zapomniała, a następny rozdział będzie ad calendas graecas.

    OdpowiedzUsuń
  21. Zapraszam do mnie http://iloveleonetta.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  22. jaka wiocha -.- : violetta-nasz-serial.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  23. Super opowiadanie<333
    Super blog<33333
    Zapraszam do mnie : http://violettapolaco.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń