Rozdział siódmy



Są takie dni, kiedy wydaje się, że wszystko życzy Ci szczęścia. Słońce śmieje się jakby trochę inaczej i mruga promieniami zza śnieżnobiałych obłoków. Wiatr niesie cichą pieśń pochwalną, a nawet grymas przypadkowo spotkanej na ulicy osoby przywodzi Ci na myśl słowa otuchy.
Uczucie takie towarzyszyło mi przez cały dzień, mimo że praktycznie nic się nie wydarzyło. Mimo tej całej otoczki zwyczajności miałem wrażenie, że „coś” wisi w powietrzu i nie jest to tak przyjemne, jak się na pierwszy rzut oka może wydawać.
Paraliżujący uścisk przy wykonywaniu oddechu zacieśnił się, kiedy tylko przekroczyłem próg domu, sporego budynku położonego przy jednej z mniej ruchliwych ulic Buenos Aires. Zsunąłem buty ze stóp i włożyłem je do szafki, bo nie lubiłem chodzić po domu w obuwiu.
– Wróciłem – krzyknąłem w eter, oczekując chwilę później dźwięków talerzy i śpiewnego, melodyjnego głosu mamy, ale nic takiego się nie stało.
Zajrzałem do salonu urządzonego w stylu retro zgodnie z zamiłowaniami matki, lecz nie uświadczyłem żywej duszy. Kuchnia również zionęła przerażającą pustką – zdziwiłem się, nie widząc w niej krzątającej się Sarity, pomocy domowej.
W ten sposób obeszłam cały dom, cicho stąpając po posadzce, mając w głowie najczarniejsze z czarnych myśli. W głowie już miałem scenariusz, kiedy złodzieje sparaliżowani głosem domownika czają się za rogiem, żeby mnie obezwładnić. Głupie to, wiem.
Prawdziwą ulgę odczułem, kiedy w gabinecie dostrzegłem rodziców, którzy z marsowymi minami tonęli w papierzyskach.
– Gdzie Sarita i Esti? – zapytałem, wyjmując ręce z kieszeni ciemnych spodni. Matka wpoiła mi za młodu tyle zasad dobrego wychowania, że teraz wykonywałem je z automatu.
– Cześć, kochanie. Sarita poszła po Estrellę do przedszkola – wymamrotała, wciskając różne kombinacje numerów na dość nowoczesnym, wielofunkcyjnym kalkulatorze.
Esti jest moją młodszą siostrą, ma zaledwie cztery lata i w tym roku zaczęła chodzić do przedszkola. Mama postawiła sobie za punkt honoru wychować dzieci bez nauki domowej, z rówieśnikami jak każde normalne dziecko. Ta metoda sprawdziła się też w moim przypadku, gdyż przez większość życia chodziłem do szkoły, a później po odkryciu moich predyspozycji muzycznych, postanowiono przenieść mnie do Studio. Poniekąd też na własne życzenie.
Zlustrowałem wzrokiem stos papierów na stole, gdzieś pomiędzy nimi walały się księgi rachunkowe, zestawienia za zeszły rok i mnóstwo arkuszy z bliżej mi nieznanymi logami.
– Coś nie tak? – Położyłem mamie rękę na ramieniu. Zazwyczaj finansami zajmował się ich księgowy, a oni tylko nadzorowali jego pracę. Rzadko kiedy siadali do rachunków sami.
– Jesteś już dorosły, więc nie ma sensu cię okłamywać. Mamy problemy finansowe i nie jesteśmy pewni, czy damy radę z nich szybko wybrnąć. – Głos taty był szorstki, wydawało mi się, że tarł nawet o powietrze, zanim dotarł do moich uszu. – Nasz główny dostawca splajtował, zanim dostarczył towary, za które zapłaciliśmy pół roku temu. Właśnie tniemy koszty.
Słowa taty wywołały potężne westchnięcie matki. Chwilę zajęło, zanim sens jego wypowiedzi dotarł i do mnie.  Później poczułem tylko na sobie ciężar sytuacji, który wbił mnie w podłogę i wymusił posadzenie tyłka na krześle. A więc tak to ma wyglądać? Jedna firma upada i pociąga za sobą dorobek życia rodziców? Mimo świadomości problemów finansowych i tak przyjmuje pieniądze za towar, którego nigdy nie miała zamiaru wysłać? O to w tym chodzi? Żeby napchać kieszenie tą jedyną ostatnią pensją i zwiać na Bora Bora?
– Jak bardzo jest źle? – powiedziałem w końcu, kiedy skończyłem układać w myślach najczarniejsze scenariusze obrazujące skrajne ubóstwo. Przesadzałem, wiem.
– W tym momencie realizujemy bardzo ważny projekt i będziemy musieli zacisnąć pasa, aby zrealizować go, zamawiając materiały z innej firmy. A z tą wejdziemy na drogę sądową, ale Martin, mój prawnik, powiedział, że i tak niewiele to da.
Pokiwałem głową, patrząc jak ojciec obraca w dłoniach ozdobne pióro z limitowanej kolekcji. To, które dałem mu na czterdzieste urodziny, na którego zakup i tak pieniądze dała mi mama. To było dość odległe wspomnienie, nieco zatarte, jednak dziś wróciło ze zdwojoną siłą.
W końcu z mojej inicjatywy rozmowa zeszła na to, jaki wpływ ta sytuacja będzie miała na mnie i na Esti.
– Co ze Studio? Klub krossowy?
– Studio jest już opłacone na pół roku z góry, ale jeśli chcesz dalej się ścigać, będziesz musiał sam wyłożyć na to pieniądze – oświadczył Jose i z marsową miną przyglądał się uparcie jednemu punktowi na ścianie, jakby nie chcąc patrzeć mi w oczy i obserwować reakcję.
Odetchnąłem z ulgą, ciesząc się w duchu na myśl o tym, że nie będę musiał odchodzić ze Studia. Drugą stronę medalu wciąż stanowiły tory i moja nowa pasja, na którą będę musiał od dziś sam skombinować fundusze. Muszę następnego dnia się tym zająć i podpytać Larę, może ona będzie coś dla mnie miała.
– Leeeeoś! – Z tego wszystkiego nawet nie usłyszałem, kiedy do domu wparowała Estrella i błyskawicznie pokonała dystans między przedpokojem, a gabinetem, przebierając krótkimi nóżkami odzianymi w niebieską spódniczkę i ciemne sandałki. Natychmiastowo poczułem ciężar u nogi, u której mi się uwiesiła tym samym mówiąc, że pora na zabawę. Nie mogłem jej odmówić.


– Może mi łaskawie wyjaśnisz, dlaczego ściągnąłeś mnie tutaj? – warknął brunet, o lekko przydługich włosach, które opadały mu na jasne czoło nonszalancko. Ósma rano odznaczała się złowieszczo na jego zegarku, odliczając minuty, które mógł poświęcić na błogi sen. W przyjaźni z Diego zawsze jednak jest tak, że nigdy nie wiesz, kiedy stanie nad twoim łóżkiem oświadczając, że pora wstawać. Kiedy jednak siła argumentu przestaje działać, tam argument siły odnosi skutek. Zimna woda zawsze się sprawdza.
Tego dnia obyło się bez tego, ale Marco mimo usilnych starań, dalej czuł niewyobrażalną chęć przymknięcia powiek. Nie do końca wiedział, gdzie się znajdowali, a jedynym jako–takim wyznacznikiem położenia był wielki napis „Studio On–Beat” sugerujący na myśl wiele, niekoniecznie ze sobą powiązanych skojarzeń.
– „Koleżanka od walizki” uczy się tutaj muzyki, poza tym, liczę, że kogoś spotkam – Diego nie odpowiedział od razu, jakby grając na zwłokę.
– A tym kimś jest kto?
– Violetta – powiedział, nie owijając w bawełnę. Zresztą, przy Marco wcale nie potrzebował wymówek i kłamstw. Mówienie prawdy było rzeczą tak naturalną jak oddychanie.
– Aha. – Niewyraźne mruknięcie wydobyło się z ust bruneta, który usiadł na brukowych schodach, opierając się o kolejne stopnie. – A jak na tym skorzystam? Bo jeśli przyszedłem tutaj tylko dla twoich amorów, to zaraz stąd spadam.
– Dlaczego od razu oczekujesz czegoś w zamian? Czyż moje towarzystwo nie jest wystarczającą nagrodą za trudy wstania z łóżka trochę wcześniej niż przed dwunastą? – sarknął i również usiadł.
Marco wziął dwa głębokie oddechy i postanowiwszy nie odpowiadać na wymijającą uwagę przyjaciela, przymknął powieki napawając się delikatnymi promieniami słońca i jeszcze przyjazną temperaturą. Nie wiedział dlaczego Diego go ściągnął, oprócz faktu, że robił to dla własnej wygody. Równie dobrze mógłby wstać i pójść do domu, ale w tej pozycji było mu nadzwyczajnie dobrze.
Minęły mniej więcej trzy minuty oczekiwania, nie do końca wiadomo na co, kiedy do ich uszu dotarły przytłumione dźwięki. Rozchichotane dziewczęce głosy przybierały na sile, a kiedy Marco odwrócił głowę, jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech.
– Violetta, Francesca, co wy tutaj robicie? – Diego przybrał na twarz maskę amanta–zdobywcy i zerwał się w ułamku sekundy do pozycji stojące, co Marco również postanowił uczynić, choć nieco nieporadnie. Jego wzrok utkwiony był cały czas w przepięknej Fran o śródziemnomorskiej urodzie, która odznaczała się na jasnej karnacji i ciemnych, lśniących włosach. Wciąż w głowie miał scenę, kiedy porażony jej uśmiechem zrobił jedyną rzecz, w której tak naprawdę był dobry – zaprosił ją do wspólnego występu, co skończyło się dla tej dwójki przegadanym wieczorem, który minął jak z bicza strzelił i w wyniku nie jasnych dla chłopaka okoliczności, pozostawił go bez jakiegokolwiek kontaktu do dziewczyny.
– Uczymy się tutaj – powiedziała Violetta i przycisnęła do siebie mocniej zeszyt w różowej, oryginalnej okładce. – Pytanie, co wy tutaj robicie? – Nie wysiliła się nawet na krztę kurtuazji i zadała pytanie beznamiętnym tonem, w którym wyczuć można było nutkę zniecierpliwienia. Ciężka przeprawa przed tobą, stary – pomyślał z przekąsem.
– Właśnie – dodała Francesca. Mimo tego, jak bardzo się starała, nie potrafiła nie zaczepiać wzroku na Marco, nawet na sekundkę. Kiedy tylko jemu udało się złapać kontakt wzrokowy, uciekała spojrzeniem w kierunku Diego, swoich butów czy nawet horyzontu za nimi, co z perspektywy postronnego obserwatora musiało wyglądać dosyć ciekawie.
Marco wychwycił moment, kiedy Diego postanowił zręcznie ominąć pytania, przez które możnaby posądzić go o prześladowanie, czego – oczywiście w swoim mniemaniu – nie robił. Już dawno przestały go dziwić jego fanaberie, jak właśnie stanie pod jakąś szkołą w oczekiwaniu na dziewczynę, która ma chłopaka. Nie, nie chciał zajmować się jego sprawami. Nie teraz, kiedy czuł jak coś umyka mu przez jeszcze nie zaciśnięte palce.
– Tutaj? W tym studio? Jej, też zawsze marzyłem o takim miejscu, ale za krótko byłem w Hiszpanii, aby móc się gdziekolwiek zapisać…
Przez chwilę było mu szkoda przyjaciela, który próbował usilnie zwrócić uwagę rozmówców swoją wypowiedzią. Nie osiągnął jednak żadnego skutku. Violetta uciekała speszonym wzrokiem w bok, przygryzając nerwowo wargę. Głupi by się domyślił, że coś ją trapi. Marco jednak jej nie znał. Ani jej, ani Francesci, a tą drugą kwestię akurat bardzo chciał zmienić. Przez ułamek sekundy myślał nawet, że dziewczyna również tego chce, gdyż utrzymywała coraz dłuższy kontakt wzrokowy,  a być może było to jego kolejne małe pragnienie, do którego nie potrafił się jeszcze przyznać.
– Słuchaj, Diego, możemy pogadać? – spytała w końcu, przerywając jego wywód, a chłopak przystał na tę propozycję, oddalając się z nią na bezpieczną od podsłuchów odległość, pozostawiwszy Marco samego z Fran.


Kiedy upewniłam się, że na pewno nikt nie będzie w stanie mnie podsłuchać i wyciągnąć nieodpowiednich wniosków, nagle zrobiło mi się niewyobrażalnie głupio. Zachowywałam się, jakbym to ja miała coś na sumieniu i chciała ukryć to przed całym światem, a przecież chciałam tylko wyjaśnić parę kwestii. Ten fakt boleśnie odbił się na mojej i tak już rozstrojonej ostatnimi czasy psychice. Niby nic wielkiego, a jednak cała ta sytuacja ze skradzionym Voy por Ti, cały ten Diego sprawiał, że czułam poczucie winy. A tak być nie powinno. Gniew z tym związany postanowiłam wyładować na jedynej osobie stojącej w promieniu trzech metrów ode mnie.
– Co to miało znaczyć? – warknęłam, oskarżycielsko mierząc w chłopaka palcem wskazującym.
– Ale co?
– Teraz będziesz udawał aniołka? Wpadasz w środku koncertu karaoke, kradniesz Leonowi piosenkę i przy nim dedykujesz ją mnie! To jakaś forma żartu?
– Nie powinnaś się tak martwić o swojego chłopaka, to duży chłopczyk, powinien liczyć się z tym, że jego dziewczyną mogą interesować się prawdziwi mężczyźni – powiedział z rozbrajającą szczerością, która zbiła mnie z pantałyku i wprawiła w chwilowe osłupienie. Spodziewałam się po nim wyjaśnień, przeprosin, zapewnienia, że to był jednorazowy wygłup i więcej go nie zobaczę, a tymczasem… Jego słowa, mimo że nie bezpośrednie, zabrzmiały jak wyznanie tego, że mu się podobam.
– Tak? A czy nie uważasz, że powinnam się martwić o swój związek, który nadszarpnąłeś swoim szczeniackim zachowaniem?
Diego parsknął śmiechem, czym kompletnie mnie zirytował.
– Jeśli TO nadszarpnęło wasz związek, to musisz poczekać, aż naprawdę wejdę do akcji. Podobasz mi się, a ja nie zrezygnuję z ciebie tylko dlatego, że jesteś chwilowo zajęta. – Mrugnął do mnie, odwrócił się na pięcie i odszedł, pogwizdując z lekka, zostawiając mnie w stanie osłupienia na środku chodnika.


Dzień się jeszcze nie skończył, a Antonio już wiedział, że nie zaliczy go do najprzyjemniejszych. Zaspał, przez co spóźnił się do pracy i nie zdążył zjeść śniadania. Cały poranek minął mu przy akompaniamencie nierytmicznych skurczów żołądka, a za nim dotrwał do karcianej godziny, każde słowo innego człowieka, każdy gest, a nawet niezdarność Beto, która do tej pory go bawiła, dzisiaj była powodem nadzwyczajnej irytacji. Tak, dzisiaj łatwo było podpaść Antonio. Aż ciężko nie wspomnieć o ramowym budżecie na ten rok, z którego jasno wynika, że w tym roku fundusze Studia będą ograniczone. Zeszłoroczne inicjatywy przyniosły sporo zysków, ale też sporo wydatków i właściciel Studio musiał się z tym liczyć, że w tym roku wszyscy powinni prowadzić rozsądniejszą politykę obracania pieniędzmi.
Jakby tego było mało, Pablo pojechał na dwa dni do chorej matki co oznaczało, że starszemu panowi przypadało większość jego zajęć. Rozumiał to i respektował powinność przyjaciela wobec rodziny. Sam dzisiaj obchodził ważny dzień i mimo, że wolałby go spędzić na cmentarzu, z żoną, musiał z uśmiechem na ustach stawić się w głównej sali, by po prowadzić jego zajęcia. Spisał się całkiem nieźle, gdyż chwilę po ich rozpoczęciu znów wpadł w środek swojego żywiołu, jakim jest muzyka i praca z młodzieżą. Był dumny. Duma przebijała się przez spojrzenie, a w oczach stawały radosne iskierki, kiedy obserwował tak utalentowanych młodych ludzi. Pablo przygotował dla nich kolejne zadanie, mieli zaaranżować na swój sposób po jednym utworze, mającym nie mniej, niż dwadzieścia lat. Chwila przygotowań, na scenę weszła Francesca, a Maxi puścił jej podkład. Tak znajomy, że natychmiast wywołał szereg obrazów przed oczami starca.
Myślami wrócił do pewnego szczególnego momentu, który miał miejsce wiele lat temu.  Wystarczyło przymknąć powieki i znów siedział przy barze, w dość dużym i nowoczesnym jak na tamte czasy klubie. Policzek opierał na łokciu i sączył przez słomkę powoli drinka tak niebieskiego, że przypominał on lazurowe morze. Przeklinał ten dzień, przeklinał wszystkich bawiących się dookoła niego ludzi. Z głośników płynął jeden z największych ówczesnych hitów muzycznych, a on czuł, że mógłby być autorem jednego z nich, gdyby tylko umiał docenić wcześniej daną mu szansę. I wtedy pojawiła się ona: w zwyczajnym topie i dopasowanych spodniach, z włosami upiętymi w ciasną kitkę, z której wystawało kilka pojedynczych kosmyków. Twarz miała zmęczoną, poszarzałą. Zamówiła tego samego drinka i po prostu zaczęła rozmowę, nawet nie patrząc na Antonia.
– Kiepski dzień? – Napój w swojej szklance wypiła haustem, odrzuciwszy słomkę i kiczowate dekoracje. Natychmiast zamówiła drugą kolejkę.      
– Wyjątkowo nieudany – mruknął i wyprostował się na krześle, czując, że mimo wszystko w towarzystwie kobiety nie mógł wyglądać na byle jakiego moczymordę.
– Wiesz, może nigdy nie byłam dobra w pocieszaniu, ale przecież nie będę cię osądzać – zachęciła go do zwierzeń. – Czasami nieznajomej łatwiej jest powiedzieć, co leży na sercu.
Nie oparł się. Wyśpiewał wszystko: piękny sen o robieniu czegoś ważnego, zaznaczeniu się jakoś na kartach historii, nawet jeśli to miał być jednostrzałowy hit puszczany w radio do znudzenia. Wtedy mógłby powiedzieć swoim dzieciom, że próbował, starał się dążyć do marzeń. A tymczasem za długo zwlekał, stchórzył i na jego miejsce znalazło się wielu chętnych, gotowych już teraz zrobić krok naprzód w nieznane by albo wpaść w przepaść, albo wznieść się w niebo. Tamtego dnia, zaraz po usłyszeniu, że ktoś zajął jego kontrakt, przyrzekł sobie, że już nigdy nie odpuści, jeśli na czymś mu będzie zależało. A tymczasem siedział tutaj, w klubie roztańczonego Buenos Aires i opowiadał o tym, jaki jest beznadziejny nieznajomej pochłaniającej Blue Lagoon w ilościach hurtowych.
Tamtego wieczoru, choć jeszcze o tym nie wiedział, zdobył najcenniejszy skarb i zapowiedź czegoś, co ukształtowało to jakim był człowiekiem: Teresę i ideę, malutki zalążek, który w miarę zakrapianych rozmów o północy na dachach magazynów, tarasach, plażach, a nawet ulicznych chodnikach kiełkowała i przeradzała się w coś wielkiego – dzieło życia, które ostateczny zarys zyskało dopiero, kiedy Teresa zaciągnęła Antonio na musical wystawiany przez początkujących muzyków w podrzędnym teatrze. Byli jedynymi widzami na sali, którzy obserwowali widowisko. Tego wieczoru Antonio był bardzo znudzony i podirytowany tą nagłą zmianą planów. Kątem oka obserwował  swoją towarzyszkę i nie mógł się nadziwić pasji z jaką oddawała się przeżywaniu każdej kwestii, piosenki. Każda emocja wymalowana była na jej twarzy i Antonio nie mógł wręcz uwierzyć w to, że nie przeszkadzała jej nędzna gra aktorska, zły dobór repertuaru czy oprawa. Przez jedną chwilę pomyślał nawet, że sam mógłby to zorganizować lepiej. Myśl owa jednak zginęła w odmętach umysłu zaraz po wyjściu z budynku z jasnoczerwonej cegły, zagłuszona przez słowa Teresy.
– Wiesz, szkoda mi tych dzieci. – Wskazała dłonią na amatorski plakat przedstawienia wiszący na drzwiach, chwilę potem splotła ją z dłonią mężczyzny. – Mogli by coś osiągnąć, gdyby ktoś zechciał ich poprowadzić, wskazać drogę.
Ona również miała za sobą szereg niespełnionych marzeń i wciąż do nich dokładała nowe ideę, większość z nich z braku perspektyw zakopywała głęboko na małym cmentarzu gdzieś w sercu. W przeciwieństwie do Antonio, wciąż jednak żyła nadzieją, małą gorejącą iskierką, która oświetlała drogę przed nią na odległość zaledwie kilku kroków, zbyt małą by mogła snuć dalekosiężne plany.
Antonio przystawił jej drobną dłoń do swoich ust i pocałował lekko, z czułością. Nie chciał tego robić, lecz jakaś potężna jego cząstka wymusiła na nim ruch warg:
– Oboje przegraliśmy życie i marzenia, a przecież jesteśmy niemal tak młodzi, jak ci ludzie z teatru…
– Którym nikt nie stworzył warunków i którym nikt nie pomoże podnieść się po upadku – dokończyła za niego myśl. Miała trzydzieści lat i tobołek z niespełnionymi marzeniami. Nie mogła ich spełnić, ale przecież mogła pomóc spełnić je innym.
Uśmiech rozjaśnił jej twarz, tak jak dzień rozjaśnia się pod wpływem wschodu słońca. Antonio z początku nie rozumiał radości kobiety, jej rozentuzjazmowanego głosu i chaotycznego toku myślenia, jednak chwilę później w tę Ideę gotów był włożyć wiele wysiłku i wkładu. Gotów był poświęcić dla niej wszystko. Uwierzył, że pomagając spełnić cudze marzenia, mógł zarazem uczynić coś wielkiego, coś czego również skrycie pragnął.

Kiedy otworzył oczy, piosenka dobiegła końca, a on czuł, że minęło o wiele więcej czasu. Spojrzał na zegarek, jakby nie wierząc w swoją małą podróż w czasie ku wspomnieniom. Uczniowie spoglądali na niego wyczekująco, a on kompletnie nie wiedział co im powiedzieć. Spod skóry przebijała się wewnętrzna tęsknota powrotu do starych, dobrych chwil. Przecież tak dawno nie rzucał się w rwący nurt swoich myśli, całkowicie się jemu poddając. Nie mógł sobie na to pozwolić. Nie mógł pozwolić sobie na wspominki, czując wciąż ciężar tamtego deszczowego poranka, kiedy pędzący samochód prowadzony przed pijanego kierowcę odebrał mu żonę. Ten dzień jednak był wyjątkowy. Zbyt wyjątkowy.
– Nie będziecie mi mieli za złe, jeśli zakończymy zajęcia w tym momencie? Mam coś bardzo ważnego do załatwienia – powiedział, czując na policzkach dwa szkarłatne rumieńce. Miał już swoje lata i do tej pory nie mógł się wyzbyć tego odruchu.
Młodzież okazała się wyrozumiała i chwilę później Antonio zostawił klucze dozorcy, a sam wyszedł ze Studio i udał się w kierunku przeciwnym do zazwyczaj pokonywanej trasy. Szedł ulicami Buenos Aires, niesiony przez echo wspomnień. Mijał restauracje, opuszczone kamienice, parki, teatry, kina i kluby i każde miejce przywoływało na myśl tę samą roześmianą twarz z dołeczkami w policzkach i lekko zadartym nosem. Widział piękne, zielone oczy w kształcie migdałów,  lecz to wspomnienie nie mogło się równać z prawdziwymi oczami Teresy, ten obraz był tylko ich marnym cieniem. Ileż mógłby oddać za to, by Teresa nie brała tamtego dnia za niego zajęć, kiedy ten borykał się z grypą. Ileż by dał, by móc wtedy jeszcze raz spojrzeć w jej roziskrzone tęczówki, zanim zgasły?
W przydrożnej kwiaciarni czekał już na niego ogromny bukiet, złożony z wszelakiej maści kwiatów. Teresa kochała wszystkie, bez wyjątku i miała do nich prawdziwą rękę. Ich dom z niewielkim ogrodem zawsze wyglądał jak kolorowy raj, budzący podziw i uznanie. Dzisiaj jedynie mogłoby być to tylko zażenowanie.
Cmentarz miejski był w tak piękny dzień opustoszały, ale Antonio cieszył się z tego faktu. Wolał mieć tę chwilę tylko dla siebie. Uprzątnął grób, położył kwiaty i małe zawiniątko. Westchnął przeciągle i usiadł na ławeczce naprzeciwko nagrobka.
– Cześć, Tereso. To nagranie z koncertu finałowego. Nie sądziłem, że pójdzie im tak dobrze. Są naprawdę utalentowani i byłabyś z nich dumna, tak jak ja jestem z nich dumny. Wiesz, minęło już dziesięć lat, dziesięć długich lat, a ja dalej nie mogę pogodzić się z tym, że ciebie nie ma. Wiem, że jesteś ze mną, przechadzasz się korytarzami Studia, stąpasz boso po ogrodzie i przepraszam, że ostatnio go zaniedbałem, ale strasznie mi ciebie brakuje, matowego głosu, długich warkoczy i stosu sukienek w przedpokoju, kiedy nie wiedziałaś co na siebie założyć.
Głos mu się łamał, ale mówił dalej. Całym sobą chciał poczuć chociaż ślad obecności ukochanej żony. Chciał zobaczyć znak, podmuch ciepłego wiatru, cokolwiek, co pozwoliłoby mu wierzyć, że Teresa przy nim jest, siedzi obok niego, trzyma go za rękę i nie puści jej… Już nigdy.


#

Nic nie jest w stanie oddać tego jak mi głupio, że na rozdział czekaliście prawie trzy tygodnie. Nie umiem usprawiedliwić tego stanu, mogę za to podać tysiąc wymówek, ale nie o to chodzi.  Mogę też iść śladami polityków i obiecać, że następny rozdział dodam w przeciągu kilku dni, ale w praktyce wszystko wychodzi inaczej.
Więc nie pozostaje mi nic innego jak przeprosić. Jesteście głównym motorem napędowym tego statku, wiatrem w żaglach i to co robię, robię dla Was, więc przepraszam za to, że tak długo nie odbijałam od portu.
Nie wiem jak wyszedł mi ten rozdział. Moim zdaniem jest słaby, ale nie mnie to oceniać.


25 komentarzy :

  1. Zakochałam się w tym opowiadaniu i Twoim stylu już od pierwszego zdania, które tutaj przeczytałam, więc także i ten rozdział wyjątkowo mi się podoba. Piszesz tak lekko i przyjemnie, że nie da się tego nie przeczytać z uśmiechem i satysfakcją, choć wciąż chce się więcej i więcej.

    Pierwszy akapit nieco mnie zmartwił, choć przemyślenia Leona zdecydowanie wywoływały uśmiech. Dobre połączenie poważnej sytuacji z nutką komizmu, dzięki czemu nie było to takie patetyczne. O Diego miałam się nie wypowiadać, bo każdy dobrze wie, że to drań i manipulant, ale dodam tylko, iż mam przeczucie, że znielubię tę postać jeszcze bardziej. Jednocześnie naiwnie wierzę, że Violetta nie będzie tak podatna na jego osobę i okaże trochę więcej rozumu, niż w serialu. Oczywiście kibicuję Marco, bo bardzo lubię tego bohatera. Jako że Francesca też uzyskała moją sympatię, to uważam, że byłoby bajecznie, gdyby i w Twoim opowiadaniu połączyło ich coś więcej. No i ukłony za najcudowniejszy fragment, jaki do tej pory przeczytałam, o ile nie w ogóle, to na pewno na tym blogu. Przemyślenia i przeżycia Antonio zawładnęły moim umysłem w całości. Tak idealnie ważyłaś słowa, że wyszło to genialnie. Jestem naprawdę zachwycona i mam wielką nadzieję, że będziesz kontynuowała ten wątek.

    Tyle byłoby na razie. Dziękuję bardzo za świetny rozdział, bo rzeczywiście nie mogłam się go doczekać. Rozumiem jednak Twój brak czasu, czy jakiekolwiek inne czynniki wpływające na częstotliwość dodawania postów.

    Pozdrawiam, Monessa z VIOLETTINY.BLOGSPOT.COM

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie! Bardzo zależało mi właśnie na Twojej opinii, jak i moich Anonimowych Muszkieterek! :)
      Cieszę się, że jednak nie wyszedł ten rozdział tak źle. Przez "Seks w Wielkim Mieście" w telewizji, część Antonia pisałam do pierwszej w nocy, a potem przerwało mi łącze i czekałam, aby go dodać, tak więc nie spodziewałam się zbyt wiele po wypocinach sennego dzieciaczka, który zamiast myśleć o Teresie i Antonio, w głowie miał obraz ciepłego łóżeczka, dwa metry o niego :D. No ale, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

      Nie wiem co zrobię z Violettą, Diego i Leonem, gdyż na ten trójkąt mam wiele pomysłów, jednak wybiorę coś, abyście się "bali przewrócić następną kartkę", cytując Martina, co w tym przypadku będzie oznaczało rozdział. W ogóle, ostatnio mi siostra zwróciła uwagę, że moja narracja jest strasznie porąbana, bo jest. Chciałam od wewnątrz ukazywać przeżycia głównych bohaterów, tj. Violetty i Leona, ale gdyby tak było, byłoby przesądzone z kim ona będzie (meheh), a dlatego dodałam również Diego do mojej małej grupy pierwszoosobowych narratorów. Uznając, że to by było za mało ze świata przedstawionego i ich otoczenia, wprowadziłam również nieregularne fragmenty trzecioosobowe i dzisiaj spostrzegłam, że udzieliła mi się Martinomania, gdyż powoli to przypomina jego słynne Point of View. Była Angie, była Ludmiła, Marco i Antonio. I tak sobie myślę, że nie zaprzestanę nad tym, gdyż to zawsze urozmaicenie, a tak to wciąż eksperymentuję z narracją i będę miała okazję wypracować sobie styl i opinię co do narracji.

      Poza tym, brałam się nawet za narrację w drugiej osobie, w czasie teraźniejszym i nic nie przebije tego "hardkoru" jakim jest pisanie w niej! :D

      Pozdrawiam i dziękuję za opinię. W komentarzach się bardzo rozpisuję i bzdecę, no ale cóż :D

      Usuń
    2. To bardzo dobrze, że do narracji pierwszoosobowej postanowiłaś dokooptować Diego, bo dzięki temu czytelnik ma choć cień wątpliwości, którego z bohaterów ostatecznie wybierze Violetta. Na pewno będzie się kotłować między nimi, ale nie wątpię, że spotka nas jeszcze wiele niespodziewanych sytuacji. A te nieregularne fragmenty narracji trzecioosobowej dodają historii dystansu. Zawsze bardziej przepadałam za tym typem narracji i szczególnie podziwiam go u Ciebie, ale nawet fragmenty pisane z perspektywy głównych postaci wyjątkowo mi się podobają. Tym bardziej, że gdzieś w komentarzach przemknęła mi informacja o Twoim jeszcze młodym wieku, więc zaskoczenie bardzo pozytywne. Podejrzewam, że za kilka lat spokojnie mogłabyś zabrać się za pisanie jakiejś książki i nie wątpię, że efekt mógłby być piorunujący. Zapewniam, że nie żałowałabym na takową pieniędzy i od razu bym pobiegła do księgarni. Na razie jednak cieszysz moje oczy tą historią.

      Jak pewnie zauważyłaś, też sporo od siebie dodaję i cytując Twoje określenie "bzdecę". Ale wiem, że to bardzo miłe dla autora, kiedy wie, że ktoś faktycznie czyta, a nie tylko naskrobie komentarz, żeby w jego treści ograniczyć się do "super" albo "fajnie". Także polecam się na przyszłość!

      I naprawdę liczę na to, że kolejna odsłona pojawi się już niebawem.

      Usuń
    3. Nie czuję się ani dorosła, bo do tego mi daleko, dzieckiem też się nie czuję. Ot szesnaście lat za tygodni kilka mi stuknie.

      Ze mną jest tak, że mogę przez 90% opowiadania trzymać się jednej koncepcji, a później w ostatniej chwili ją zmienić. Zazwyczaj ludzie reagują na to różnie ;). I gdybym była osobą medialną z udostępnionym adresem, to po każdym takim zwrocie akcji miałabym przed domem czytelniaków z kosami, widłami i pochodniami, by mnie osądzić jak wiedźmę, która niszczy głównym bohaterom życie XD

      Dziękuję za komentarze. Właśnie takich mi potrzeba, gdyż lubię wiedzieć dokładnie co w danym wątku było okej, a co wymaga poprawy, a całego rozdziału nie da się przecież wciąć w jedną klamrę i określić słowem ujdzie, w porządku, albo do piachu z tym.

      Pojawi się, zadbam o to :)

      Usuń
    4. Ja i tak pozostanę Twoją wierną fanką, nawet gdybyś uśmierciła któregoś z bohaterów. No, może poza Leonem, bo jego trochę szkoda.

      Publikując u siebie kolejny rozdział, zaczęłam się zastanawiać, czy może piszesz jeszcze jakieś opowiadanie oprócz tego? Chętnie bym poczytała, bo tutaj muszę jeszcze trochę poczekać na coś nowego (co niezmiernie mnie smuci, ale cierpliwość to podobno cnota) ;)

      Usuń
    5. Piszę i niedługo mam zamiar je opublikować, ale jest to tematyka związana z tą grą przeglądarkową. KLIK. Jak zacznę publikować, a na razie skupiam się na Violetcie, to dam znać gdybyś może zechciała przeczytać :)

      A Ty zajmujesz się jakimś innym opowiadaniem? :>

      Usuń
    6. Uśmierciłam większość swoich dzieci. Wiem, że tragicznie to brzmi, ale nigdy nie mogłam dociągnąć żadnego opowiadania do końca. Albo coś zaczynało mnie w nim denerwować, albo namieszałam tak, że cokolwiek bym nie zrobiła, i tak byłoby źle. Chyba raz udało mi się napisać coś od początku do końca, ale było to na tyle dawno, że pewnie siedzi schowane gdzieś w folderach starego komputera. Prawdopodobnie przeraziłabym się, gdybym miała okazję powtórnie to przeczytać, haha.

      I bardzo się cieszę, że tworzysz coś poza tą historią. Wzrasta moja nadzieja, że częściej będę mogła czytać Twoje małe dzieła!

      Usuń
  2. Super rozdział :) To pierwszy blog jaki widziałam, który opisuje uczucia Antonia. Właściciel studia (bardzo ważna postać w serialu) jest pomijana a ty opisałaś jego uczucia idealnie. Rozdział świetny chociaż jestem większym "fanem" 6 rozdziału... Mam nadzieję, że kolejny rozdział ojawi się szybciej niż ten. Powodzenia w pisaniu i niech wena ci sprzyja :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pojawi się szybciej na pewno. Dziękuję, cieszę się, że przypadł Ci do gustu jego Punkt Widzenia. Przyznam szczerze, że ja każdą postać traktuję na takim samym miejscu, z wyjątkiem moich pierwszoosobowych, gdyż każda coś wnosi do opowiadania. Wczoraj w nocy do ostatniej chwili nie wiedziałam, o kim napiszę ostatni wątek w rozdziale. A tym sposobem macie zarys jego historii, historii Studio, pięknej idei i tego w jakich okolicznościch się narodziła ;). W serialu tego nie dostaniecie. xDDD

      Pozdrawiam i dziekuję!

      Usuń
  3. Ja sobie zaklepię tutaj miejsce, a z komentarzem wrócę, za jakiś czas xD ( ale pewnie przed meczem moich ukochanych siatkarzy xD)
    Chcesz litanię? :D
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Melduje się i ja :)
      Jak następnym razem, będę musiała tyle czekać na rozdział, to Cię znajdę i zmuszę Cię do tego, abyś go napisała szybciej :) Byłam tak zdesperowana brakiem odcinka u Ciebie, że czytała odcinki o ciążach i psychicznych postaciach, które na pewno mają coś z głową. Ale może ja przejdę do rzeczy.
      Znalzłam tylko malutką literówkę, która nie psuje dobrego wrażenia. W 6 akapicie w zdaniu '' W ten sposób obeszłam ... '' chyba powinna myć forma męska, a nie żeńska, bo tutaj chodzi o Leona :) Ale to tylko taka malutka literówka, więc nic się nie dzieje.
      Nie ukrywam, że z początku rozdział był dla mnie ciut gorszy od poprzednich, ale gdy doszłam do kwesti o Antonio, moje zdanie uległo całkowitej zmianie. Ale może zacznę od początku, bo nie lubię przeskakiwać z początku na koniec. Bardzo ciekawi, co takiego wymyśli Leon, aby mógł się też ścigać. Moja intuicja, także podopowiada mi, że w następnym rozdziale może po raz kolejny pojawić się Lara. Gdy pojawi się Lara, będzie jeszcze ciekawiej niż jest. Bardzo ciekawi mnie fakt, czy u Ciebie też będzie wzdychać do Leona, chwytać go za ręcę i kokietować go, nie przejmując się niczym. Serialowa Lara, według mnie jest bezpośrednia, nie opiernicza się i szybko przystępuja do działania, wysyłając Leonowi sygnały. Bardzo mnie ciekawi jaka będzie Twoja, więc nie mogę się doczekać jak ją tutaj opiszesz, jakich cech jej nadasz. Interesuje mnie także, to jak Leon będzie zachowywał się przy Larze. Czy od czasu, do czasu pojawi się w jego głowie, czy będzie skupiony tylko na Violettcie. Jest tyle pytań, a ja już bym chciała znać na nie odpowiedź. Masz szczęście, że jestem cierpliwym człowiekiem i poczekam tyle ile będzie trzeba (ale nie chce czekac na kolejny rozdział prawie 3 tygodnie xD). Za to właśnie uwielbiam Twoje opowiadanie. Po każdym odcinku, pozostawiasz tyle pytań, sprawiasz, że czytelnik zadaje sobie wiele pytań, i już chciałby znać odpowiedź. Nie lubię, jak wszystko od razu, jest podane na tacy.
      Diego, czy ja go muszę komentować? Cud by się stał, gdybym polubiła takiego ciecia jak on. Nie lubię fagasa, Więc, może lepiej przejdę od razu do naszej panny ''idealnej'' czyli Violetty. Nie powiem, jestem mile zaskoczona jej zachowaniem. Nie spodziewałam się, że tak się zachowa. Przynajmniej u Ciebie postępuje tak jak trzeba, a nie bawi się w kotka i myszkę. Dała Diego do zrozumienia, że się nie da, że takie zaloty nie robią, na niej żadnego wrażenia. Szkoda, że serialowa Viola taka nie jest, ale to dyskusja na inny dzień. Mam nadzieję, że Viola nadal będzie taka twarda, że nie zmieni swojego postępowania, ale czas wszystko zwerifukuje. Niech dba o swój związek i go pielęgnuje,a jestem przekonana, że wyjdzie jej to na dobre. Ma wspaniałego chłopaka, niech swoją uwagę skupia na nim, a ten fagas, może sobie klamkę pocałować.

      Usuń
  4. Musiałam podzielić na dwie części xD
    I przechodzę teraz do najlepszego fragmentu siódmego odcinka. Zrobił on na mnie najlepsze wrażenie. Mogę nawet stwierdzić, że jest to najlepszy fragmnet, jaki do tej pory napisałaś, naprawdę. Historia Teresy i Antonia, jest przepiękna. Niby takie proste przypadkowe spotkanie dwójki młodych osób, a ma w sobie tyle magi. Nie jestem wielką romantyczką, ale takie proste rzeczy robią na mnie wielke wrażenie. I tak było w tym przypadku. Teresa i Antonio, mieli szczęscie, że się spotkali, że los ich połączył. Ten u góry chyba doskonale wiedział, co robi, kiedy postanowił na drodze Antonia, postawić właśnie Teresę. Dzięki niej inaczej zaczął spoglądac na życie, które za sprawą jednej kobiety nabrało tylu kolorów. Minęło tyle lat, a jemu nadal trudno jest się pogodzić ze śmiercia ukochanej kobiety. To tylko świadczy o tym, jak silne było to uczucie, Gdyby Teresa żyła, to jestem pewna, że razem kierowaliby Studiem. Teresy już nie ma, ale jest w Sercu Antonia, i na zawsze w nim pozostanie. Taka jest właśnie szczera, i prawdziwa miłość. Można tylko pozazdrościć takiego uczucia. A to, co mówił Antonio, do Teresy było przepiękne.
    Ja już chyba skończę swój monolog, bo coś mi się wydaje, że trochę się rozpisałam, a przy okazji trochę przynudziłam, a nie lubię nudzić, i pisać bez sensu.
    Chyba muszę wymyślić jakiś orginalny nick.bo raz ktoś chyba z niego skorzystał i podpisał się jako A.
    Życzę Ci moja Droga, słonecznej niedzieli i mam nadzieję, że następny rozdział pojawi się szybciej.
    Pozdrawiam A :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, jaki obszerny i rzeczowy komentarz! :) Też zauważyłam w tym rozdziale tentencję zniżkową spowodowaną faktem, że siódemka była pisana kompletnie na siłę i niekoniecznie miałam na nią pomysł, a jak pojawił się pomysł, to nie było czasu na szukanie bardziej wyszukanych zdań, opisów czy wyważonych reakcji bohaterów. Z fragmentu z Antoniem jednakże jestem zadowolona bardziej niż jakiegokolwiek innego, gdyż warunki i okoliczności w jakich go pisałam były jak dla mnie spartańkie i jest to takie szczęśliwe dziecko natchnienia ;).
      Postanowiłam wprowadzić Teresę, aby pokazać Antka z trochę innej strony niż go wszyscy znamy z serialu, czyli taki "wesoły, pozytywny staruszek z głową pomysłów". A tak to teraz wszyscy wiedzą, że jego życie nie było usłane różami, z niczego się to Studio nie wzięło, a było efektem żmudnej pracy, budowy cegiełka po cegiełce i przede wszystkim jedynym dzieckiem, jakie Teresa mogła mu urodzić. Nie napisałam o tym, jak to Studio powstało w szczegółach, gdyż to jest raczej zbędne. Najważniejsza jest idea i ta iskra rozmowy, która przeskoczywszy między tym dwojgiem roznieciła ogień, żart miłości lub też po prostu ostatniej, desperackiej próby na zaistnienie :).

      Dziękuję! Pozdrawiam,

      Usuń
    2. Ale piękny szablon. Teraz jeszcze bardziej będę kochała Twojego bloga ! :)

      Usuń
  5. Za każdym razem wchodząc na Twojego bloga czekałam z zapartym tchem na załadowanie się strony. I dzisiaj w końcu odetchnęłam z ulgą, a nie z rozczarowaniem, widząc nagłówek "Rozdział siódmy". Od razu zabrałam się za czytanie niezmiernie ciekawa, co napisałaś dalej.
    Mylisz się, rozdział nie jest słaby. :-) Najbardziej urzekła mnie część o Antonio, w której jak zwykle fenomenalnie opisałaś uczucia. W ogóle się tego nie spodziewałam, biorąc pod uwagę, że do tej pory pozostawał na dalszym planie.
    Diego jest... Dokładnie taki, jaki mi się wydaje być (również w serialu). Wytrwały w zdobywaniu Violetty, a przy tym arogancki i bezczelny. Ciężko powiedzieć, że go lubię, bo tak nie jest, ale podoba mi się to, jak go kreujesz.
    O Leonie raczej nie mam po tym rozdziale za wiele do powiedzenia. Jestem tylko ciekawa, jak sobie poradzi w nowej sytuacji - chłopiec, który zawsze miał wszystko, nagle musi wydorośleć... Cóż, zobaczymy. ;-)
    Jedyne czego mi brakowało w tym rozdziale to wątek z Angie. Nie mogę wyzbyć się sympatii do tej postaci i szczerze mówiąc to na jej dalsze losy czekałam najbardziej. Mam zatem nadzieję, że w następnym rozdziale jej nie pominiesz.
    Pozdrawiam i czekam na więcej! ~G.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No,Angie by się przydała w kolejnych rozdziałach.Ja też ją podziwiam,że tak to ujmę.Ale do rzeczy.Rozdział,cudowny,wspaniały,fenomenalny,piękny,ciekawy i mogłabym tak pisać w nieskończoność ale wiesz o co mi chodzi.

      Usuń
  6. A znasz może jakieś DOBRE opowiadania o Violettcie?

    OdpowiedzUsuń
  7. Wspaniały rozdział, masz dopracowane pisanie opowiadań. Co by tu napisać.. Uwag nie mam, więc chyba tylko brawo się należy ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. WOOOOOOOOOOOW! Zrób mi taki szablon!

    OdpowiedzUsuń
  9. Zajrzałam jak co dzień i przez chwilę pomyślałam, że zawędrowałam na jakiegoś innego bloga, ale adres się zgadzał, więc doszłam do wniosku, że wszystko jest w porządku, haha. Podoba mi się nowy wystrój. Jakoś wyczułyśmy moment, bo też akurat zmieniłam u siebie. Zawsze byłam zdania, że przyjemna szata graficzna umila czytanie. A teraz, z nudów, przewertowałam Twoje sześć rozdziałów na nowo. Pierwsze zdanie najnowszego znam już na pamięć, bo tak często tu zaglądam. Za niedługo będę w stanie szczegółowo je opowiedzieć, a jak dobrze pójdzie, to wyrywkowo cytować. Wciąż zastanawia mnie, jak to będzie z Leonem, skoro co-nieco zmieniło się w jego dotychczasowym życiu, niezmiennie intryguje mnie przeszłość Antonio i nawet snuję teorie na temat podchodów Diego. To znak, że musisz jak najszybciej napisać ósemkę!

    OdpowiedzUsuń
  10. Witaj! Od dzisiaj będę się tutaj jawić jako Twoje utrapienie, bo wyjątkowo lubię zrzędzić.

    Pierwsze, co szczególnie rzuciło mi się w oczy, to niejednolita narracja. Dopiero po czwartym czy piątym rozdziale jakoś się przemogłam do tych różnych perspektyw. Niby w niczym to nie przeszkadza, bo każda wypowiedź się ze sobą łączy i jest w pewnym sensie uzupełnieniem poprzedniej, ale pierwszy raz spotykam się z takim połączeniem, dlatego nie jestem jeszcze przekonana do tego typu mieszanki narracyjnej. Udało mi się zauważyć, że dziewczyny, które próbują swoich sił w tworzeniu tekstu użytkowego dotyczącego tego serialu - a nie oszukujmy się, że na palcach jednej ręki można zliczyć, komu przyzwoicie to wychodzi - chętniej sięgają po tzw. pamiętnikowy styl wypowiedzi. U Ciebie przeplata się on z narracją trzecioosobową, co jest dość charakterystyczne i momentami tworzy zamęt, bo nie zawsze piszesz, kto w danej sytuacji mówi, więc czytelnik musi się domyślać czyje przemyślenia w danym momencie śledzi. Ale z racji, że dbasz o stylistykę i sens tekstu, to jestem w stanie zaakceptować ten rodzaj narracji.

    Podoba mi się, że opowiadanie nie jest monotematyczne. Nie wszystko kręci się wokół tzw. głównych bohaterów. Wprowadzasz inne postacie, ale nie ograniczasz się tylko do wzmianek o nich, a pogłębiasz ich historie, wnikasz w psychikę. Angie i German, Antonio, była też Ludmiła - myślę, że niebawem pojawi się ktoś jeszcze. Wszystkie te wątki są ciekawe, bo dodajesz do nich swoje pięć groszy.

    A co do Violetty, Leona i Diego. Ukazujesz ich zgodnie z serialowym zamysłem, bo Diego wciąż jest tym wyjątkowo pewnym siebie kombinatorem, a Leon kochanym chłopakiem niezmiennie zazdrosnym o dziewczynę. Intryguje mnie jedynie Violetta. Da się zauważyć, że jest odważniejsza, a może nawet zdolna powiedzieć stanowcze nie. Jestem bardzo ciekawa, czy rozwiniesz ich wątek tak jak zrobili to w serialu. Jednocześnie domagam się większej ilości scen z Violettą i Leonem. Takie moje życzenie na dzień dziecka, który obchodzę niemal bez przerwy.

    Napisałabym, że teraz grzecznie będę czekać na nowy rozdział, ale coś mi mówi, że prędko się go nie doczekamy, jeśli Cię trochę nie pogonimy. Także poganiam. W innym wypadku Teresa przyjdzie zza grobu i ona Cię pogoni. Albo jeszcze lepiej. Ponieważ niektóre z autorek mają tendencje do wskrzeszania matki Violetty, to możesz się jej spodziewać u siebie w domu. Podobno lubi zieloną herbatę.

    OdpowiedzUsuń
  11. Po 10 dniach bezsensownej udręki, jaką jest wylegiwanie się na plaży z książką, zaglądam tu i co widzę? Tylko jeden rozdział i to zbyt krótki by zaspokoić moją ciekawość! ;)

    Może zacznę od nowa, z sensem i na temat, dla odmiany. Twoje opowiadanie nigdy w życiu nie byłoby złe, każdy z rozdziałów ma to coś, co sprawia, że w ciągu kilku minut czytania zdążę się ze trzy razy roześmiać, zazgrzytać zębami i wzruszyć. Co potrafisz świetnie, to oddawać emocje. Oczekuję, że w najbliższej przyszłości przy Twoich słowach będę płakać jak dziecko, którym wciąż w końcu jestem. Że zacytuję Skippera: "Grasz na duszy mej strunach jak na mandolinie" ;>
    Oj, wystrój strony mnie odrobinę rozprasza, już się przyzwyczaiłam do poprzedniego ;) Dziękuję Ci również za opinię dotyczących mojej pisaniny, podnosi mnie na duchu, że choć jedna osoba toto czyta. Pozdrawiam serdecznie i życzę natchnienia. Bo niczego innego nie może Ci braknąć ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Brak mi słów!Twoje Opowiadanie jest genialne! Twój styl przypomina mi Lucy Maud Montgomery ( Mam nadzieję , że cię tym nie obrażam ;) ) W książce ,,Zapach Wiatru" .Pewnie się dziwisz , dlaczego porównuję ją do ciebie. Ponieważ Opowiadanie , jest takie poetyckie! Porównania do wody,skał itp. Gdy się to czyta , po prostu czujesz się , jakby to był film. Widać każdą scenkę , jak Leon dowiaduję się o krytycznej sytuacji finansowej. Nie wpadłam by na to , żeby Leon miał siostrzyczkę! GRATULUJĘ! :*

    OdpowiedzUsuń
  13. Piękny rozdział <3 Na końcu prawie się popłakłam ;( Kocham twoje opowiadanie <3

    OdpowiedzUsuń