Rozdział trzeci

Popatrz, jak wszystko się zmienia, coś jest, a później tego nie ma.
Sidney Polak




L


– Cieszę się, że jednak przyszedłeś. – Jose, dyrektor i właściciel torów motocrossowych, na których często umilałem sobie czas uścisnął moją dłoń typowym dla ludzi swojego pokroju „biznesowym uściskiem”, jakim zapewne witał się też na spotkaniach rodzinnych z ojcem swojej żony. – Mamy dzisiaj urwanie głowy.
– Drobiazg. No więc, co mam robić? – zapytałem.
– Zaraz przyjedzie kilka świeżynek, więc byłoby dobrze, gdybyś pokazał im warsztat, jak zakładać kombinezon, obchodzić się ze sprzętem… Wiem – dodał, zanim zdążyłem zaooponować – że nie jesteś instruktorem, ale zrób to dla mnie, bo naprawdę dzisiaj nie mam kogo wystawić. Pamiętaj o nagrodzie! – powiedział na odchodne i odszedł w stronę budynku administracji. Westchnąłem i złapałem się za kark.
– Będziesz się musiał często upominać, jeśli chcesz ten karnet. – Usłyszałem za sobą głos, więc odwróciłem się w jego stronę. Musiałem wziąć oddech, by nie parsknąć ze zdziwienia. Po właścicielu tak niskiego, donośnego głosu nie spodziewałem się niskiego dziewczęcia o delikatnych rysach, które obserwowało mnie z zaciekawieniem. No właśnie, po właścicielu, a nie właścicielce.
– Zaryzykuję – odparłem, aby nie dać znać po sobie, że straciłem na moment rezon.
– Więc życzę powodzenia. – Dziewczyna zeszła z barierek, na których siedziała i podeszła do mnie na długość ręki. – Lara. – Wyciągnęła dłoń, którą uścisnąłem. – Ty musisz być Leonem.
– Wybacz, jeśli cię nie kojarzę, ale…
– Nie, spokojnie, znam cię z opowieści taty. – Machnęła ręką i po chwili wytarła ją o swoje ogrodniczki, jakby dostrzegła wcześniej plamę smaru i nie chciała mnie nią ubrudzić… Smaru? Otaksowałem Larę wzrokiem i dostrzegłem uniform, jaki nosili mechanicy. Coraz mniej rozumiałem.
– Taty? W ogóle, co tutaj robisz? – zapytałem.
– Zatrudniłam się u ojca – odparła i odgarnęła niesforny kosmyk, który uciekł jej z kucyka.
– Nie wiedziałem, że Jose ma córkę.
Dziewczyna tylko parsknęła śmiechem.
– No popatrz na mnie! Jest się czym chwalić? – powiedziała, a mi nagle zrobiło się głupio. Uwaga dziewczyny sprawiła, że zabodło mnie coś w środku. No bo w końcu co mogło sprawić, że miała o sobie tak niską samoocenę? Przecież była ładna i miała strasznie zaraźliwy uśmiech.
– Na pewno jest czym – zaprzeczyłem. – Więc, zostajesz tutaj na stałe?
– Na razie tak – wyszczerzyła zęby. – No więc, Leonie, miło się gadało, ale ja mam pracę, a ty „uczniów”. – Wskazała na grupkę nastolatków zmierzającą w moją stronę. – Tylko pamiętaj, walcz jak lew o ten karnet. Chcę jeszcze kiedyś z tobą pogadać – powiedziała i zniknęła mi z pola widzenia zostawiając za sobą dziwne uczucie.


D
Nie musiałem się wysilać, po trzech minutach dostrzegłem Violettę zmierzającą w stronę jednego z lepszych, bezpieczniejszych osiedli. Poznałem ją po charakterystycznej spódnicy w kolorze bieli stopniowo przechodzącej w granat. Była dłuższa z tyłu i powiewała trochę pod wpływem ruchu.
Chwilę zajęło mi dogonienie dziewczyny.
– Nieładnie – powiedziałem biorąc ją pod rękę, którą wyrwała niemal natychmiast, jeszcze zanim zauważyła kim jestem. – Uciekać tak bez pożegnania?
– Co ty tutaj robisz?! – warknęła i odsunęła się ode mnie na odległość metra, po czym przyśpieszyła kroku, chcąc odgonić mnie jak jakiegoś natręta, którym zresztą byłem. Po prostu perspektywa poznania kogoś nowego i zaczepienia się w Buenos Aires na dłużej była nęcąca, a poza tym mój charakter nie pozwalał mi postępować inaczej wobec Violetty.
– Postanowiłem potowarzyszyć ci w drodze do domu, aby na pewno nic złego ci się nie stało – zaoferowałem się, podając jej swoje ramie, które znów odrzuciła.
Viola uśmiechnęła się kpiąco i przełożyła sobie torebkę przez ramię, zapewne dla wygody, a może w obawie, że gwizdnę ją przy pierwszej lepszej okazji.  
– Tak, a nie pomyślałeś, że to ty stanowisz dla mnie zagrożenie?
Na te słowa zrobiłem oburzoną minę, która musiała rozbawić dziewczynę, gdyż po chwili roześmiała się głośno, co odebrałem za punkt dla siebie i dobrą taktykę na przyszłość, mimo że nie znałem swojego celu.
– Przecież muchy bym nie skrzywdził! – zaoponowałem, po udawanym gestem złapałem wyimaginowaną muchę, czym wywołałem kolejne parknięcie u dziewczyny, tym razem wyczułem w nim irytację a nie rozbawienie. Nie ta droga?
– W porządku, cieszę się. Mógłbyś teraz udać się wraz ze swoją walizką jak najdalej ode mnie?
– Nie przenocujesz mnie? – zapytałem z niedowierzaniem. Przecież perspektywa mieszkania ze mną pod jednym dachem powinna być nagrodą a nie obowiązkiem!
– Nie – mruknęła.
– Zostawisz mnie w potrzebie?
– Tak, tak właśnie zrobię – warknęła i przeszła na drugą stronę ulicy, z zamiarem udania się do domu, który okazał się być wielkim gmachem w dość nowoczesnym stylu, który górował nad wysokim żywopłotem. Już przechodziła przez furtkę wykonaną z poprzecznych, drewnianych szczebelków co oznaczało dla mnie tyle, że mogę jej już nigdy więcej nie zobaczyć, jeśli rozstanę się z nią w takim nieprzychylnym doborze słów dlatego sięgnąłem po „ostatnią deskę ratunku”.
– Ej, Violetta – krzyknąłem za nią. Dziewczyna odwróciła się po dłuższej chwili ze znudzonym wyrazem twarzy.
– Strzeż się – zacząłem – wiem gdzie mieszkasz. – Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu i udałem się w stronę swojego domu. Nie widziałem wyrazu twarzy Violetty, ale miałem przeczucie, że również się uśmiechała.


 V
Debil, natręt, nachalny ćwok!
Zamknęłam za sobą drzwi do domu i porwałam ze stołu kilka ciasteczek, nie chcąc głodna zamykać się w pokoju. Każdy nerw pulsował mi od oburzenia, ponieważ chyba nigdy nie zdarzyło mi się spotkać osobę pokroju Diego, której nie potrafiłam nawet porządnie skatalogować, gdyż pierwsze spotkanie z nim odbiegało od norm, które opierałam na wcześniejszych doświadczeniach. Dosłownie niczym przypadkowy huragan wpadł na moje tory i przewrócił wszystko do góry nogami w zaledwie dwadzieścia minut. Jak każdy huragan odszedł i więcej go już nie zobaczę, ale mimo wszystko pozostawił po sobie bałagan w mojej głowie w postaci nieposegregowanych uczuć i poglądów. A niech go!
Położyłam się na łóżku i sięgnęłam po telefon w celu sprawdzenia powiadomień. Liczyłam tylko na jedno, wiadomość, nieodebrane połączenie, cokolwiek, ale zobaczyłam tylko pustkę, co przywołało natrętną niczym mucha myśl, że Leon znowu jest albo zbyt zajęty, albo ma mnie gdzieś. Odrzuciłam ją jednak na bok i otworzyłam swój pamiętnik w celu przekartkowania go. Zawsze to robiłam, kiedy targały mną nieciekawe uczucia. Przeglądanie starych wpisów, rysunków, przeżywanie dawnych spraw na nowo – tym razem z dozą dystansu i z odpowiedniej perspektywy – to zawsze było w stanie poprawić mi humor.
Nie wiedzieć czemu, palce zatrzymały się w połowie dziennika, na wielkim napisie „Leon” z sercem zamiast „o”, a na moje usta wkroczył wielki, promienny uśmiech. Wiedziałam, co znajdę kartkę dalej. Pierwszy pocałunek, a później szereg innych momentów z Leonem, które każdy paskudny dzień potrafiły zmienić w coś, za co miałam ochotę dziękować bez opamiętania.
Nie zdążyłam na dobre zatopić się we wspomnieniach, bo usłyszałam pukanie do drzwi. Emocje opadły już nie co, więc powiedziałam ciche „proszę”, nie chcąc wywoływać w domu niepotrzebnych spięć.
Głowa Angie pojawiła się w drzwiach niemal natychmiast po moich słowach.
– Violu, może zejdziesz na obiad?
– A wiesz, Angie, chętnie zejdę. – Uśmiechnęłam się szeroko. Dzień znów był taki, jaki być powinien.



– Luca, mógłbyś ściszyć tę muzykę?! – Francesca krzyknęła głośno, chcąc zagłuszyć nieco dźwięki dochodzące z pokoju brata. Szlag ją trafiał, kiedy jej brat, hipokryta, robił coś związanego z muzyką. Przez całe życie gardził jej pasją, potępiał Studio21, a od kiedy tylko zobaczył, że przynosi to zyski, w ciągu dwóch minut podjął decyzje o zmianie nazwy Resto, nagle zaczął się publicznie udzielać i przy pierwszej lepszej okazji śpiewać, dając tym światu do zrozumienia jak „cudowny i wspaniały” ma głos. Owszem, ma go, ale Francesca miała już dość jego zmian nastroju i poglądów na życie. Za bardzo przyzwyczaiła się do nieznośnego Luci, żeby teraz tolerować jego jeszcze gorszą wersję, na każdym kroku rzucającą propozycje występów w RestoBandzie. Rzecz jasna za darmo i, rzecz jasna, z całym Studiem jako chórem podczas jego wykonań.
Co bardzo ją zdziwiło, brat posłuchał za pierwszym razem i dźwięki piosenki natychmiastowo straciły na decybelach. Przynajmniej teraz mogła się skupić i usłyszeć cokolwiek z emitowanego w telewizji serialu.
Kiedy usłyszała kolejną piosenkę, chciała wygarnąć bratu jego poronione pomysły, jednak spostrzegła, że dźwięki wydobywają się z jej telefonu. Numer, który się wyświetlił był nieznany, jednak mała cyfra oznaczała, że to już drugie połączenie z owym numerem tego dnia. Odebrała, będąc przekonana o nadawcy. Nie pomyliła się.
– Czegoś zabrakło w walizce?
– Nie, wszystko jest – odparł głos po drugiej stronie należący do Diego.
– A więc w czym mogę pomóc?
– Mam propozycję, wpadniesz jutro z koleżankami na małe karaoke?
– Zależy na jakie karaoke i gdzie.
– Adres wyślę ci smsem. Tylko pamiętaj, weź ze sobą znajomych i Violettę, koniecznie.
Francesca prychnęła.
– Żartujesz? Mówiłam ci, żebyś darował sobie te podchody, bo ona jest nietykalna. Nie–ty–kal–na. Rozumiesz?
– Hahah, żartuję. Naprawdę nic do niej nie mam – powiedział.
– W takim razie przemyślę sprawę. – Rozłączyła się i westchnęła głośno. Nie bardzo rozumiała motywy chłopaka, ale na dłuższą metę zastanawianie się nad nimi byłoby męczące, a do niczego by nie doszła. Znała takie typy jak on. Nieprzewidywalni i przez to strasznie niebezpieczni, choć nie w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Podjęła decyzję o wyjściu do tego klubu, chwilę po otrzymaniu sms’a z adresem. Pozostawało tylko przekonać do tego dziewczyny. 


#


Słówko na temat narracji: 
Długo zastanawiałam się nad tym, czy prowadzić narrację z perspektywy jednej osoby (pamiętnikową), dwóch czy może narrację trzecioosobową (którą notabene lubię najbardziej). Zdecydowałam się na mały misz-masz, bo przecież od tego są teksty literackie, aby nad nimi eksperymentować. Tak więc narrację prowadzić będę z perspektywy pierwszoosobowej trójki bohaterów: Diego, Leona i Violetty, jako że to relacja między nimi będzie najważniejsza (chociaż Lara również odegra niemałą rolę). Ponadto, żeby trochę urozmaicić wdrożyłam również party z narracją trzecioosobową, w której zamieszczę przygody i przeżycia pozostałych bohaterów. 
Jak sądzicie? Czy jest to za duże urozmaicenie, czy może prowadzić narrację tylko poprzez D, L i V? 


PS Jeśli ktoś z Was potrzebuje bety do swojego opowiadania (osoba czuwająca nad stylem, błędami, udzielająca rad, aby opowiadanie było jak najlepsze) to zgłaszam się na ochotniczkę :). Jeśli ktoś przejawia chęć posiadania bety, to proszę o kontakt. 

12 komentarzy :

  1. Świetny. Uczysz polskiego? Tak mi się wydaje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uczę :) W tym roku gimbazę kończę.

      Usuń
  2. Boski! Już nie lubię tego Diega :) Czekam z niecierpliwością na następny i weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział.Jak będę potrzebowała kiedyś pomocy,to się do Ciebie zgłoszę. : )

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekam na czwarty rozdział :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny rozdział;) Sądzę,że Twój pomysł z mieszaną narracją jest dobry i na pewno opowiadanie będzie czytało się lepiej ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Chciałabym Ci pogratulować. Twoje opowiadanie jest jedynym, które trzyma się kupy i ma sens. A najbardziej Twoje opowiadanie zyskuje tym, że trzymasz się zasad interpunkcji, ortografi, a Twój styl jest poprawny. W innych opowiadaniach tego nie ma. Autorki nie trzymają się zasad ortografii, a o interpunkcji już nie mówiąc. Do tego wymyślają ciąże, porwania itd. Trzymam za Twoje opowiadanie kciuki, bo dobrze rokuje na przyszłość. Trzymaj się tego, co jest teraz, a będzie naprawde dobrze.
    Pozdrawiam.
    A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ogromnie! Cieszę się, że ktoś zwraca na to uwagę przy czytaniu opowiadań, ponieważ niektóre wołają o "pomstę do Nieba", albo zakrawają o kompletny surrealizm, kiedy czyta się o tych wszystkich porwaniach, czy jak już zauważyłaś, ciążach. Ja pragnę się skupić na relacjach między bohaterami, czyli czymś, na czym naprawdę się znam. Wolę pisać o tym, niż wyobrażać sobie jak może się czuć osoba w ciąży, czy jak wyglądają porwania, bo szczerze powiedziawszy, obserwując reakcję postaci w opowiadaniach na w/w sytuacje nierzadko powodują u mnie salwy śmiechu. Grunt, że osoby piszące czerpią radość z tego co robią, tak jak ja. Nie ważne, o czym miałyby pisać. Grunt, to zadowolenie pisarza, czytelnika i satysfakcja z samodoskonalenia się. A do tego potrzeba również wymagających czytelników. Cieszę się, że jedną już mam - Ciebie.

      Pozdrawiam serdecznie,

      Usuń
  7. Oczywiście chodzi mi o opowiadania z serii "Violetta"
    A.

    OdpowiedzUsuń
  8. Czy Violetta tego dnia nie była ubrana w czarne spodnie i koszulę ze zdobionym kołnierzem? Skąd nagle spódnica?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. masz rację, też to zauważyłam. Poza tym opowiadanie jest CUDOWNE! <3

      Usuń