Rozdział drugi

Dane nam było słońca zaćmienie. Następne będzie może za sto lat. 
~Budka Suflera


Violetta

     Miałam przed sobą wysokiego chłopaka o dość korpulentnej postawie, ciemnych włosach i oczach, który otaksował mnie ciekawskim wzrokiem. Musiałam przyznać, był przystojny. A po opowieści Franceski spodziewałam się niskiego, łysawego pana w średnim wieku, któremu walizka zawieruszyła się podczas powrotu ze spotkania biznesowego na drugim końcu świata.
     Spojrzałam na nieznajomego nic nie rozumiejącym wzrokiem. Zapewne obrał to jako nietakt ze swojej strony, gdyż postanowił się przedstawić.
     – Diego – podszedł do mnie w zaledwie dwóch susach i siląc się na nonszalancję, ucałował wierzch mojej dłoni, jakby licząc, ze zaśmieję się i uśmiechnę kokieteryjnie. No, to się chyba przeliczy. – Ty zaś musisz być Francesca. No – Klasnął w ręce. – To powitania mamy za sobą. Otwórz mi dom, zwróć walizkę i zaparz kawę, to się lepiej poznamy.
     Parsknęłam śmiechem, nie chcąc wyprowadzać go z błędu.
     – Z chęcią, ale jest taki jeden, tyci szczegół.
     Diego uniósł brew do góry w zaciekawieniu.
     – Jaki to szczegół?
     – Nie mam klucza.
     Dałabym sobie rękę uciąć, że jego śmiech słychać było po drugiej stronie ulicy.
     – Umawiamy się telefonicznie, że przychodzisz, aby oddać mi walizkę, a ty nie wzięłaś ze sobą klucza?
     Zaplotłam ramiona na piersiach i westchnęłam.
     – Wszystko się zgadza, ale nie ze mną się umawiałeś.
     – Przecież rozmawiałem z Francescą Bruno, tobą! – zaczął, ale po chwili jakby odpowiedni trybik zaskoczył mu w głowie, pokręciłam głową ze śmiechem na jego słowa. – Okej, czuję się urażony tym oszustwem! – Złapał się ostentacyjnie za serce, jakby mój „wielki fortel” ugodził go niczym nóż. – Mógłabyś mi chociaż wyjaśnić, kim jesteś i gdzie znajdę Francescę z kluczem do domu? Będę wdzięczny.
     – Francesca zaraz tutaj będzie. Musiała skoczyć na pocztę – wyjaśniłam, celowo pomijając kwestię swojego imienia. Przecież nie będzie mu ono do szczęścia potrzebne, prawda?
     Diego najwidoczniej to zauważył, bo upomniał się o moją godność raz jeszcze.
     – W porządku, załapałem. A co z twoim imieniem? Wypadało by znać nazwisko kogoś, kto mnie tak „perfidnie oszukał”. – Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i wykonał cudzysłów palcami.
     – Podejrzewam, że oprócz walizki nic cię tu nie trzyma, więc moje imię jest raczej zbędne, co? – zapytałam i przekrzywiłam głowę delikatnie. Ciemnowłosy zlustrował mnie wzrokiem od stóp do głów, przez co poczułam lekkie skrępowanie, które lada chwila mogło dać o sobie znać w postaci czerwonych rumieńców. To by jednak oznaczało, że na niego reaguję, więc w duchu modliłam się, żeby moje ciało chociaż raz stanęło po właściwej stronie barykady.
     – Obawiam się, że jeśli nie poznam imienia takiej piękności, nie będę mógł w nocy zasnąć, albo będę wołał na ciebie per Ślicznotko, no to jak, Ślicznotko?
     Parknęłam śmiechem.
     – Zawsze możesz zgadywać – wymamrotałam, czując jak krew napływa do moich policzków. Ech, Vilu, jeden komplement, a ty już czerwona.
     Nie zdążyłam przygotować się na jego odpowiedź, a ten już zbombardował mnie tysiącem imion:
     – Maria, Agnes, Melody, Dominica…
     – Violu. – Usłyszałam wołanie Franceski i skrzypienie furtki. – Już jestem!
     Westchnęłam ciężko, a ciemnowłosy wyglądał, jakby wygrał co najmniej milion na loterii, gdyż minę miał rozchochoconą i klasnął w ręce z tryumfalnym uśmiechem.
     – Violetta, no proszę, nawet pasuje do takiej ślicznotki.
     Całe szczęście – zanim musiałam odpowiedzieć, Fran pojawiła się między nami, rzucając mi pytające spojrzenie, zapewne wielce ciekawa dyskusji, jaka się między nami nawiązała. Dziękowałam jej w duchu, gdyż przebywanie sam na sam z tajemniczym Diego było niepokojącym, ale na swój sposób ciekawym doświadczeniem. Cieszyłam się jednak, gdyż wystarczyło, że odbierze walizkę i zniknie na zawsze, będąc jedynie krótkim, nie mającym znaczenia epizodem w moim życiu. Jak bardzo się wtedy myliłam…
     – Ach, więc ty musisz być Francescą! – powiedział brunet i wykonał względem niej taki sam gest, który uczynił wcześniej ze mną – pocałował ją w rękę na co Fran, jak to ona, zachichotała. – Jestem Diego.
     – Przepraszam za to nieporozumienie z walizkami, nie wiem jak to się stało.
     – Drobiazg, gdyby nie to, nie poznałbym tak uroczych dziewcząt. – Mówił o nas, ale miałam dziwne przeczucie, że jego palący wzrok utkwiony był tylko we mnie. Przeczucie, ponieważ patrzyłam się na swoje botki, nie chcąc nawiązywać kontaktu z chłopakiem w obawie, przed swoimi poronionymi reakcjami.
     Potem słychać było tylko szczęk kluczy, turkotanie kółek od walizki i stukanie obcasów Fran, kiedy udawała się do domu w poszukiwaniu walizki nieznajomego. Kolejną chwilę sam na sam z owym osobnikiem przerwał mi dzwonek telefonu, Podemos w moim i Leona wykonaniu, które wykonaliśmy niedawno w studiu nagraniowym dzięki uprzejmości jednego ze sponsorów koncertu finałowego, który zażyczył sobie dla córki płytę z naszymi utworami. Odebrałam połączenie.
     – Słucham – wymamrotałam do telefonu, czując na sobie badawcze spojrzenie Diego.
     – Violetto, gdzie jesteś? – Usłyszałam po drugiej stronie zatroskany głos ojca, mogłam się domyślić. Całe życie przywykł do sprawdzania mnie, dlaczego coś miałoby się zmienić?
     – U Francesci – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, nie widząc powodu aby go okłamywać.
     – A nie miałaś przypadkiem wracać z Leonem?
     – Nie, Leonowi coś wypadło, ale przez Fran nie zdążył mi wytłumaczyć o co chodziło.
     Nie wiem czemu, ale nieświadomie podczas wymawiania imienia swojego chłopaka spojrzałam na nieznajomego, jakby chcąc wybadać jego reakcję, albo odstraszyć. To działo się… podświadomie. Jak się spodziewałam, Diego był niewzruszony, ale wciąż z ciekawością mnie obserwował. Vilu, chyba jesteś przewrażliwiona…
     – To dobrze – powiedział German, a ja prychnęłam na te słowa. – Wracaj szybko, bo mam ci coś do powiedzenia.
     – Zaraz będę. No, to pa, kocham cię – mruknęłam i rozłączyłam się.
     Włożyłam telefon do torebki i zwróciłam się do chłopaka.
     – Przekaż Fran, że nie mogłam dłużej zostać, czekają na mnie – powiedziałam i odeszłam, zanim uzyskałam potwierdzenie. Nie wiedzieć czemu, miałam nieodparte wrażenie, że to spotkanie było początkiem czegoś nowego.
 Diego
     Zanim się obejrzałem, dziewczyny już nie było. Byłem ciekaw tych rewelacji, jakie musiała usłyszeć przez telefon od kogoś, kogo, jak sama powiedziała, kocha. Byłem ciekaw tego całego Leona, Francesci i samej Violetty i nie potrafiłem wyjaśnić dlaczego. Może sposób w jaki ze mną wcześniej rozmawiała sprawił, że nagle spojrzałem na nią z innej niż dotychczas perspektywy. Poza tym, zostawałem na trochę w Buenos Aires, więc czemu nie miałbym się w typowy dla siebie sposób zabawić, co?
     Na Francescę i swoją walizkę czekałem jeszcze chwilę. Nareszcie mogłem włożyć nowe ubrania, gdyż te, które miałem na sobie były zarówno wczorajszym ubiorem.
     – Gdzie jest Viola? – zapytała mnie Fran, kiedy sprawdzałem zawartość swojej walizki. Nie to, że nie ufałem dziewczynie. Jednakże w dzisiejszych czasach strzeżonego Pan Bóg strzeże, kto wie co mogła nawyrabiać z moimi ciuchami? Z drugiej jednak strony, ona mogła uczynić dokładnie to samo, ale i tak nie dowie się, że wraz z Marco zrobiliśmy dokładny przegląd jej garderoby. Musiałem zacisnąć zęby, aby nie roześmiać się głośno.
     – Ktoś do niej zadzwonił, a później kazała cię przeprosić i poleciała w stronę Placu Samossierów.           Zamknąłem walizkę i wysunąłem rączkę, chcąc prowadzić ją przez resztę drogi.
     – Uhm, to dobrze. Dzięki za kontakt, nie wiem co bym zrobiła bez swoich ubrań.
     – Ja również dziękuję. Do zobaczenia! – Machnąłem jej ręką i odwróciłem się, ale po chwili coś mnie tknęło.
     – Słuchaj, czy ta twoja koleżanka, Viola…
     – Ma chłopaka? – dokończyła za mnie. Pokiwałem głową. – Ma, jest szczęśliwa, nie myśl o niej – mruknęła i zniknęła w drzwiach swojego domu.
     A więc ma kogoś – cóż, potraktuję to jako dobrą monetę, gdyż im dłużej się czeka na deser, tym smakuje on lepiej, a ostatnio cierpię na deficyt cukru.
     Wychodząc na ulicę, postanowiłem, że „dla sportu i zdrowia” pobiegnę w stronę, w którą poszła Violetta, ot, przypadkową stronę. A nuż, może spotkam kogoś znajomego? 


#
Skoro sprawę zawaliłam z ostatnim postem, to dzisiaj postanowiłam, że zepnę pośladki i dodam coś szybko, tak więc macie całkiem spory objętościowo rozdział, który, mam nadzieję, dobrze się Wam czytało!

Czekam na Wasze opinie! Obserwujcie, ponieważ dzięki temu szybciej dowiecie się o nowych rozdziałach! 

12 komentarzy :

  1. Rozdział świetny. Fajnie i miło się czyta. :D Czekam na następny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Długo pracowałam nad jako-takim stylem :)

      Usuń
  2. Boski. :D Z niecierpliwością czekam na następny. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super rozdział już nie mogę doczekać się kolejnego .
    Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Super zapraszam wszystkich do mnie my-story-violetta.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. super, bardzo podoba mi się twój styl pisania :) Czekam na nn i życzę weny ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Mnie również podoba się twój styl pisania.Pozdrawiam. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetny : ) Taki inny ... Ogólnie me gusta itp . itd. Czekam na kolejny :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  9. Cudownie piszesz <3 Czytam dopiero drugi rozdział, ale już się zakochałam w twoim opowiadaniu <3

    OdpowiedzUsuń
  10. "wyszczerzył", "poroonionymi"? Osobiście mi się takie określenia bardzo nie podobają...

    OdpowiedzUsuń