Rozdział jedenasty

– Ach, tak? – Esmeralda zaśmiała się głośno na jeden z biznesowych żartów Germana, które rozumieli tylko ci „wtajemniczeni”  w klimaty giełdy, zmian na rynku pracy i świat inwestycji. To wyjaśniało konsternację malującą się na twarzach pozostałych domowników, dla których od dobrych kilkunastu minut jedynym ciekawym i godnym uwagi elementem obiadu był… Cóż, obiad. Na pierwszy rzut oka nie było tego widać, ale wytrawny obserwator doszukałby się wśród zgromadzonych interesujących reakcji na nieznaną terminologię, która pojawiała się raz po raz w dość długiej dyspucie. I tylko Ramallo zdawał się nie tracić rezonu, gdyż co jakiś czas wtrącał jakże błyskotliwą i trafną, zdaniem reszty, uwagę. Angie, Violetta, León, a nawet Olga, która zmywała naczynia w kuchni, lecz słuchała wszystkiego co się dzieje w jadalni z największym zainteresowaniem, musieli zrobić dobre wrażenie, ładnie się uśmiechać i potakiwać, a jedynym sposobem by nie poczynić żadnej gafy, było skupienie się na własnym talerzu. To nie stanowiło problemu, gdyż Olgita, uprzedzona o wcześniejszym przyjeździe gościa, zdołała przygotować kilka swoich popisowych dań, które nie dość, że wygrywały lokalne konkursy kulinarne, to i mogłyby spowodować promienny uśmiech na twarzy samego Gordona Ramseya. Dębowy stół mało nie uginał się pod ciężarem owocowych ciast, domowego pieczywa, sosów, ryb, roladek mięsnych i innych pyszności. Śnieżnobiały obrus pokrywały kremowe serwety leżące pod porcelanową zastawą. Na środku, w trzech miejscach stały flakoniki, w których znajdowały się świeżo ścięte lilie.
Najwidoczniej German uznał, że temat aktualnie trzymany pod lupą został wyczerpany, ponieważ odchrząknął nerwowo i przeniósł wzrok na Leóna, a konkretnie na jego rękę, gdyż dłoń chłopaka była niewidoczna pod stołem. Puścił w jego stronę ostrzegawcze spojrzenie, a Verdas wyprostował się gwałtownie i chcąc-nie chcąc, ale bardziej nie chcąc, puścił dłoń Violetty, a swoją wyjął na wierzch, żeby upić trochę świeżo wyciskanego soku porzeczkowego z wysokiej szklanki.
Pan Castillo pochwalił ruch chłopaka swojej córki skinięciem głowy i znów wskoczył w inną rolę, zmieniając się z surowego ojca w dobrego gospodarza, rozpoczynając kolejny temat.
– Rodzice Leóna pracują w tej samej branży, co ja i często współpracujemy – rzucił od niechcenia.
– A czym się konkretnie zajmują, jeśli mogę spytać? – Esmeralda wydawała się zaciekawiona tą informacją, bo pochyliła się do przodu delikatnie, dając wręcz podręcznikowy przykład tego, na czym polega mowa ciała.
– Zajmują się logistyką i transportem w budownictwie. – León uznał, że na to pytanie powinien  odpowiedzieć osobiście.
– Tak, to jedna z najlepiej prosperujących firm w kraju – powiedział Ramallo i położył sobie na talerzyku kawałek ciasta cytrynowego. Wyglądało ono tak apetycznie, że Violetta również po nie sięgnęła. Krem w środku był w smaku delikatny, ale czuć było cytrynę. Gdybym znalazła się kiedyś w cytrynowym niebie, jedzenie smakowałoby właśnie tak, pomyślała Violetta, kręcąc głową z uśmiechem. Oldze należy się jakaś premia.
Tylko Angie była nieobecna, myślami jakby daleko stąd. Nie próbowała udawać, że bawi się świetnie i nie jest beznadziejna. Mogła próbować wczuć się w temat, ale co ona wiedziała o inżynierii? Była tylko nauczycielką śpiewu. A nauczyciele śpiewu nie mają na co dzień styczności z Wielkimi Ludźmi, jak czasem po kryjomu nazywała rekiny biznesu z Germanem Castillo na czele. Westchnęła cicho i zdecydowała się na to samo ciasto, które wcześniej zagościło na talerzach Ramallo i Violi. Ona sama również nie była zbyt zaciekawiona tym, co się działo, ale nadrabiała miną.
– Jak wam minął dzień? – zapytał German, spoglądając na córkę. Angie spodobało się to, że zapytał i ją, i Leóna, jakby już podświadomie założył, że są nierozłączni. To dobry znak na przyszłość.
– Angie rano dała nam ostry wycisk, a później były przesłuchania – Viola odpowiedziała, wyraźnie zadowolona, że temat nareszcie nabrał bardziej ogólnego charakteru.
Esmeralda zmarszczyła brwi i spojrzała na Angie, nie rozumiejąc odpowiedzi córki Germana. Carrara pośpieszyła z wyjaśnieniami, odgarniając jasny kosmyk z czoła.
– Oprócz bycia guwernantką Violetty, jestem też jej nauczycielką w studiu, więc można powiedzieć, że mam ją na oku cały czas. – Angie postanowiła mimo wszystko chociaż spróbować zachowywać się normalnie, aby nie sprawiać wrażenia wiecznie nieobecnej, milczącej dzikuski. Sama Esmeralda zdawała się skraść serce wszystkim zgromadzonym. Pochwaliła kuchnię Olgi, stwierdzając, że robi najlepszego mintaja na świecie. Angeles była przekonana, że gdyby teraz zajrzała do kuchni, wciąż widziałaby na policzkach gospodyni rumieńce i satysfakcję wymalowaną na jasnej, okolonej misternie układanymi lokami twarzy. Oprócz tego, była nienagannie ubrana, a przy stole wykazywała się ogładą większą, niż jakikolwiek spec ze „Szkoły Dobrych Manier”, programu, który zdarzało jej się czasem oglądać w telewizorze u siebie w pokoju, kiedy cierpiała na bezsenną noc. Urodzona przedstawicielka: sympatyczna, miła i będąca w stanie obrócić każdy nietakt w żart.            Z pewnością pracodawcy się o nią zabijali, gdyż Esmeralda w jej przekonaniu stanowiła hybrydę najbardziej pożądanych cech na rynku pracy.
Ciemnowłosa pokiwała głową z uśmiechem, czym odcięła Angeles od udziału w rozmowie. Całe szczęście, wszystkie potrawy zostały zjedzone, co oznaczało, że kwestią kilku minut było, aż uczestnicy obiadu rozejdą do swoich spraw.  Najwyższa pora.
Pierwsi odeszli León z Violettą, dziękując za posiłek i tłumacząc się ćwiczeniami ze śpiewu, jakie rzekomo zadała im Angie. Trzydziestolatka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak będą wyglądały te ćwiczenia, ale potwierdziła ich wersję z uśmiechem, mając w pamięci obraz swojej młodości i pierwszej miłości.
Kiedy Olga zaczęła sprzątać po młodych, Angeles uznała, że to dobry moment, aby i ona poszła do swojego pokoju, German do gabinetu, Esmeralda tam, skąd przybyła. Zaschło jej w gardle, więc uniosła w stronę ust szklankę z sokiem w kolorze ciemnego fioletu, przechodzącego w granat.
German klasnął w dłonie i zwrócił się do gościa.
– O, to może my pójdziemy do gabinetu przejrzeć umowę, a Ramallo zaniesie twoje rzeczy do pokoju gościnnego? – zapytał, a przechylona szklanka Angie zadrżała mocno w dłoniach, powodując przelanie się cieczy na obrus i koszulę. Kobieta wzięła gwałtowny oddech, który okazał się kolejnym błędem, ponieważ sok dostał jej się do tchawicy, powodując wzdrygnięcie i bezwarunkowy odruch kasłania. Kiedy już go opanowała, chwyciła chusteczkę i zaczęła ścierać gorączkowo sok z twarzy i bluzki, dopiero później uniosła wzrok.
Jej chwilowa niedyspozycja nie obeszła bez echa w towarzystwie, ponieważ teraz musiała się zmierzyć, ze zmartwionymi spojrzeniami Germana, Ramallo, Olgi i – o zgrozo – Esmeraldy.
No nie, czemu?!
– Angie, wszystko w porządku?
– T– tak, nagle zachciało mi się kichać i to dlatego – wyjaśniła nieporadnie, czując, jak zalewa ją wielki, gorący rumieniec wstydu.
Nie, nie, nie, nie, nie! Dziś?! Teraz?! Przy NIEJ?!
– To może ja pójdę do pralni, mam nadzieję, że da się jakoś odplamić plamę. – Wstała od stołu i zaczęła iść w stronę schodów do piwnicy, z siłą zmuszając nogi do normalnego chodu. Dopiero kiedy zamknęła za sobą drzwi, oddzielające reprezentacyjną część domu od tej służącej za spiżarnie i inne pomieszczenia użytkowe, oparła się plecami o chłodną ścianę i opuściła w dół. Nie powinna tak reagować, ale po prostu była przekona, że Esmeralda zakończy ten dzień w hotelu, czy gdzie bądź, a nie za ścianą obok. Nie wiedzieć czemu, jej obecność strasznie ją irytowała i nie miała pojęcia, czy to przez zazdrość, której nie miała nawet siły tuszować, czy też z innych pobudek. Była wściekła na siebie, a jej rozżalenie sięgnęło zenitu, kiedy przypomniała sobie swoje słowa.
Odplamić plamę? Angie, ty skończona debilko!

Violetta leżała na brzuchu i kreśliła w fioletowym zeszycie kolejne kształtne litery, które układały się w słowa i zdania. Ich treść była tajemnicą dla Leóna, którą niczym zakazany owoc bardzo chciał poznać i z trudem dotrzymywał obietnicy nie zaglądania przez ramię swojej dziewczynie. Za to usilnie próbował ją rozproszyć i tym samym zwrócić na siebie uwagę dziewczyny. Leżał koło niej, głowę opierając o dół pleców Violetty i a to wyznaczał palcami ścieżkę wzdłuż krzyża, a to rysował jej na łopatkach serduszka i mnóstwo innych kształtów, których dziewczyna nie potrafiła zidentyfikować. Nie chciała mu przeszkadzać w tej zabawie, ponieważ bardzo lubiła jego dotyk, a do tego zniecierpliwienie chłopaka i wrodzona ciekawość potęgowały jej dobry humor.
– O czym piszesz? – zapytał, przerywając milczenie.
– O przesłuchaniach, obiedzie i…
– …o mnie? – Ton, którym to powiedział, spowodował u Violetty nagły atak śmiechu. Odwróciła się na plecy i uniosła do pozycji siedzącej, dzięki czemu miała jego głowę na swoich udach. Pochyliła się i złożyła na jego ustach szybki, delikatny pocałunek, który dla Leóna był niczym muśnięcie piórkiem. Ten gest pozostawił po sobie wielki niedosyt.
– Może – dziewczyna odpowiedziała wymijająco i wróciła do pisania, przekręcając się do poprzedniej pozycji. Verdas zrobił to samo, co ona i zrównał się z nią ramionami, wzrokiem śledząc jej dłoń, spod której wyrastała ścieżka utkana z drobnego maczku. Chłopak złamał obietnicę i pochylił się ponad ramieniem Violetty tak, że czuła teraz jego ciepły oddech na karku, co wywoływało każdorazowo przyjemne mrowienie rozchodzące się falami po całym ciele.
– Nie ma tutaj nic ciekawego. – Zatrzasnęła pamiętnik i położyła go wraz z długopisem na podłogę, co oznaczało koniec pisania i czas, który mogła poświęcić tylko i wyłącznie Leónowi i „ćwiczeniom śpiewania”.
– Wręcz przeciwnie.
Violetta wywróciła oczami, ale widząc jego wciąż poważną minę, uniosła pytająco brew.
– Jesteś dla mnie zagadką. Za każdym razem, kiedy stwierdzam, że cię znam, ty znowu mnie czymś zaskakujesz. Nawet nie wiesz, ile razy chciałem móc zatopić się w lekturze tego zeszytu. Poznać twoje myśli, spostrzeżenia, zmartwienia. Wiem, że nie o wszystkim mi mówiłaś, ale rozumiem to, ufam ci. Po prostu, to normalne, że chcę wiedzieć o tobie wszystko, ale frustruję się, bo im więcej wiem, tym częściej okazuje się, że nie wiem nic.
Violetta wysłuchała w milczeniu tego, co miał do powiedzenia, a jednocześnie z każdym słowem uśmiechała się co raz szerzej. Kiedy umilkł, powiedziała:
– Kiedyś przeczytasz wszystko, obiecuję. – Dotknęła jego ręki, a León ścisnął ją mocno, chcąc przelać choć trochę swoich uczuć w ten gest. Byli szczęśliwi. Oboje byli naprawdę szczęśliwy i nie wyobrażali sobie, że cokolwiek byłoby w stanie tę euforię zepsuć.

Marco jeszcze nigdy tak nie biegł. Od razu po zakończeniu swojego przesłuchania, wyleciał na zewnątrz w poszukiwaniu czarnowłosej. To nie był przypadek. Przyszła zobaczyć mnie. Nie pamiętał, aby kiedykolwiek czyjaś obecność dodała mu tak otuchy w ważnej chwili, jak te trzy minuty z nią w sali. Komisja i inni uczniowie przestali mieć jakiekolwiek znaczenie w momencie, kiedy w drzwiach stanęła Francesca, uśmiechając się promiennie. Musiał ją znaleźć. Bo to nie był przypadek i to musiało coś znaczyć.
Diego zawsze naśmiewał się z niego, że wierzy w „bzdety” typu uczucie od pierwszego wejrzenia, przeznaczenie – coś, co normalnie spotyka się tylko w komediach romantycznych i telenowelach. Diego nic o tym nie wiedział; za tą zajętą dziewczyną latał tylko z przekory, bardziej dla zdobycia trofeum, z chęci dokopania Leónowi, dlatego Marco postanowił nie brać go sobie za wzór. Może był tylko niepoprawnym romantykiem, ale kiedy tylko pewnego dnia na komputerze wyświetlił mu się panel YouMixa i pierwszy od góry filmik, przekonał się, że nic na tym świecie nie może być tylko dziełem przypadku. Francesca na tym filmiku była idealna, na tyle, że spędzała Marco sen z powiek, „nakazując” stałe oczekiwanie na nowe filmy. Ku nieszczęściu Diego, któremu potem żalił się przez najrozmaitsze komunikatory, Francesce się nie udało.
Przypomniał sobie odległy poranek, kiedy śpiesząc się na autobus, wpadł na dziewczynę o strzelistej postawie odzianą w zielony, zamszowy płaszczyk. Przez czapkę z daszkiem i włosy związane w długi blond kucyk nie poznał jej od razu, ale ona jego owszem.
– Marco?! – Ten głos poznałby wszędzie.
– Ivette?! Nie powinnaś być w Meksyku? – Był zdziwiony jej widokiem w Buenos, w końcu ostatni raz widzieli się kilka miesięcy temu i od tamtego czasu nikt nie miał zielonego pojęcia o jej poczynaniach.
– Wróciłam. Niech no cię uściskam. – Dziewczyna, choć teraz adekwatniejsze byłoby pojęcie „kobieta”, przytuliła go mocno, o mało nie wypuszczając z rąk wielkiego, nieporęcznego segregatora z logiem portalu muzycznego.
– Przepraszam, że dopiero teraz się odzywam – wymamrotała, kiedy przywitaniu stało się zadość – ale niedawno znowu się wprowadziłam, musiałam ściągnąć wszystkie papiery i poszukać dla siebie pracy – wyjaśniła i poprawiła sobie teczkę w rękach. Marco otaksował ją wzrokiem i stwierdził, że nic się nie zmieniła. Była dokładnie taka sama, jak wtedy, kiedy widział ją po raz ostatni kilka miesięcy temu. Delikatny makijaż okalał niebieskoszare oczy blondynki, które teraz ożyły pod wpływem zaskakującego spotkania i roziskrzyły się.
– Uhm, rozumiem, nie tłumacz się. – Podrapał się po karku. – Masz już coś?
Iv była bardzo podekscytowana tym pytaniem. Pomachała mu niebieskim segregatorem przed nosem.
– Zaczęłam półroczny staż w YouMix, będę pomagała przy przygotowywaniu ich nowego programu, Talenty21.
– Tak? Cieszę się, naprawdę się cieszę – powiedział jak najbardziej szczerze, ale nie uchroniło to tej rozmowy przed zamarciem w głuchej ciszy. To już nie było to samo co przed rokiem, to nie mogło być to samo. Po prostu nie mogło.
– A co u ciebie? – W końcu niebieskooka przerwała krępującą oboje ciszę. Sama również nie miała ochoty na ciągnięcie tej dyskusji. Chciała wrócić do swojego życia i zapomnieć o tym spotkaniu, ale nurtowało ją jedno pytanie.
– W porządku, chociaż trochę się nudzę. Brakuje mi starych znajomych – przyznał.
– A co z… – zaczęła, ale dokończenie pytania było niemożliwe z powodu niewyobrażalnej guli, która zadomowiła się w jej gardle. Kto by pomyślał? Przecież minęło kilka miesięcy, kiedy nie musiała wymawiać tego imienia.
Marco odgadł bez problemu, w którą stronę prowadziły tory jej myśli. Widział, jak każdy mięsień jej ciała spiął się pod ich wpływem.
– Wyjechał. – Więcej nie musiała wiedzieć, wiedział, że nie chciała wiedzieć więcej, a jednak zadała kolejne pytanie:
– Ughm, ja czy ojciec?
– Sam nie wiem. Na pewno pomogłaś mu w decyzji. – Marco przybrał na twarz coś w rodzaju grymasu. Nie winił jej za nic, co się stało. To nie było jego sprawą, ani wtedy, ani tym bardziej teraz. Nie było co płakać na rozlanym mlekiem.
– Rozumiem – mruknęła do siebie, a po chwili uniosła wzrok. – Muszę iść, nowa praca czeka. Cieszę się, że cię spotkałam, ale pamiętaj, że masz na bieżąco oglądać Talenty w internecie! Od tego zależy moja podwyżka. – Mrugnęła do niego i nie czekając na odpowiedź, zniknęła w tłumie ludzi.
Teraz wrócił na ziemię stosunkowo szybko i skręcił w stronę parku, ale wtedy myślał długo, analizował, obiecawszy sobie, że nie wspomni przyjacielowi ani słowem o tym spotkaniu, żeby go niepotrzebnie dołować. Kilka dni później, kiedy wyłączył jedną gier przeglądarkowych, coś go tknęło, uruchomił stronę programu Talenty21 i to była najlepsza rzecz, jaką Ivette mogła kiedykolwiek dla niego zrobić.

Francesca miała co najmniej godzinę wolnego, zanim powinna się stawić w RestóBandzie – rodzinnej restauracji, która przed dwoma laty przeszła pod pieczę jej brata, Luci. Mogła zostać w studio, ale po przesłuchaniu chłopaka z klubu karaoke wzięła rzeczy z szafki i opuściła budynek.
Była przekonana, że dzięki tak znakomitemu wykonaniu Te Esperare szturmem podbije listy przyjętych do Studia OnBeat uczniów. Już przy ich pierwszym spotkaniu udowodnił, że potrafi śpiewać, ale tam w klasie… Miała wrażenie, że słuchała anioła, choć nie miała tak naprawdę do czego tego występu porównać.  Na policzkach wciąż czuła nieznośne ciepło, które wzmagało się na wspomnienie oczu chłopaka wpatrzonych w nią przez niemal cały występ. W życiu nie doświadczyła na sobie takiego spojrzenia i to sprawiło, że nie mogła powstrzymać uśmiechu, miarowego kiwania się w takt muzyki, a później gromkich oklasków i zawstydzenia, które zmusiło ją do opuszczenia sali.
Potrząsnęła głową, chcąc wyrzucić z niej obraz ciemnowłosego. Przechodziła koło budki z lodami i na widok kolorowych słodkości uświadomiła sobie, jak bardzo była głodna. Przystanęła i rozejrzała się po smakach, które zarysowane były w postaci obrazków na małych tabliczkach wbitych w bryły lodu. 
– Poproszę miętowe z czekoladą.
– Jedna gałka? – Starszy pan sprzedający łakocie spojrzał na nią spod okularów i sięgnął po pudełko z waflami.
– Nie, trzy. – Od małego uwielbiała lody, a kiedy wreszcie je dostała, uśmiech rozjaśnił jej twarz.
– Pięć peso.
Podziękowała cicho i zaczęła jedną ręką szukać portfela w małej torebce, a kiedy już wyciągała rękę, żeby zapłacić, staruszek przyjmował pieniądze od kogoś innego.
– Ja zapłacę. – Usłyszała i poczuła jeszcze nieznośniejsze gorąco w policzkach.
– N–nie trzeba, ja…
– Uśmiechnę się szeroko i podziękuję dżentelmenowi – dokończył za nią sprzedawca i mrugnął. Marco spoglądał na nią wyczekująco, więc mruknęła ciche dzięki, modląc się, żeby jej rumieńce uchodziły za efekt skwaru, a nie reakcję na obecność chłopaka.

Kiedy już oddalili się od budki z lodami, idąc w głąb parku, Francesca odezwała się w przerwie między jednym gryzem, a drugim. Musiała to przyznać, lody były przepyszne.
– Za co te lody? – Ich tempo było powolne, więc miała czas, żeby napawać się widokiem nadchodzącej jesieni w parku, przez który wiodła jej codzienna droga do studio.
– Za wsparcie.
Spojrzała na Marco pytająco, nie bardzo rozumiejąc co ma na myśli.
– Tam na sali, podczas przesłuchania…  – Podrapał się po karku, speszony faktem, że musi rozwijać swoją wypowiedź.  – T–twoja obecność naprawdę dodała mi otuchy.
– Naprawdę? – Fran miała wrażenie, że jej skóra jest gorętsza od słońca.
Chłopak skinął głową, uśmiechając się delikatnie. Dopiero teraz zauważyła, że przy uśmiechu tworzy mu się minimalny dołeczek w prawym policzku.
Francesca nie mogła ukrywać przed samą sobą, że podobało jej się to. Była jednocześnie przerażona, zażenowana i szczęśliwa. W tamtym momencie jednogłośne stwierdzenie, która z tych emocji była największa graniczyło z cudem. Uśmiechnęła się szeroko do ciemnowłosego i zatopiła we własnych myślach. Cisza, która pomiędzy nimi zapadła była przerywana jedynie przez odgłos ich kroków, idealnie zgrany. Żadne z nich nie miało ochoty jej przerwać. Tak jak było… było po prostu dobrze.
W końcu coś, co trapiło Włoszkę przez dłuższy czas kazało jej przystanąć w miejscu i zapytać:
– Mogę zadać ci jedno pytanie?
Marco zmarszczył brwi. – Zależy jakie.
– Skąd znałeś moją piosenkę? Tę, którą śpiewaliśmy razem w klubie – dodała po chwili, widząc niezrozumienie na twarzy bruneta.
– Ty ją skomponowałaś?! – Był zdziwiony, naprawdę zdziwiony, ponieważ przez ten cały czas myślał, że zrobiła to Violetta. W końcu to ona wykonała ją w kolejnym etapie konkursu. – Uhm…
Pora na rozmowę o programie – pomyślał, przygryzając nerwowo wargę. Fran dalej wyczekiwała odpowiedzi, lód w jej dłoniach niebezpiecznie szybko topniał i lada chwila mógł zacząć spływać po dłoniach, ale teraz to nie miało dla niej znaczenia.
 – Byłem naprawdę wielkim fanem Talentów21. – Powiedziałem to. Powiedziałem. W sumie nie powinienem się obawiać niczego, a mimo to nie chcę, żeby Fran źle coś odebrała. Nie jestem jej jakimś psychofanem… Jestem bardzo zakochanym fanem.
Na te słowa Francesca strzeliła się w czoło wnętrzem dłoni i zaczęła chichotać.
– Na śmierć zapomniałam o tym reality… Serio to oglądałeś? – Sprawa dla niej była już jasna, w sumie, nie powinno jej w ogóle dziwić to, że ludzie znali piosenki ze programu, mimo że nie kojarzyli jej na ulicy tak jak Violettę czy Leóna.
– Oczywiście, że oglądałem. Moim zdaniem powinnaś wygrać – przyznał całkowicie szczerze.
Francesca wywróciła oczami. – Nie mówisz poważnie, nie poszło mi zbyt dobrze – westchnęła.
– Głupia. Oczywiście, że poszło, tylko inni nie mają słuchu i nie potrafili cię docenić. – Widząc niedowierzanie na jej twarzy, złapał się za serce. – Słowo harcerza.
– Którym znając życie nie jesteś – zaśmiała się głośno, a Marco do niej dołączył. Przerwał im dzwonek telefonu – sądząc po zmarszczonych brwiach Włoszki – zwiastujący połączenie, którego nie mogła zignorować. Nie myśląc wiele, wcisnęła chłopakowi w dłoń swojego loda i odeszła kilka metrów dalej, mrucząc ciche „przepraszam”.
Marco usiadł na ławce obok i wpatrywał się intensywnie w sylwetkę dziewczyny, do póki nie poczuł na dłoni roztopionego loda. Jedyne co mógł zrobić, to ujeść go trochę, żeby zapobiec dalszemu topnieniu. Był bardzo smaczny i chłopak przez kilka chwil żałował, że nie kupił również sobie.
Kiedy Fran wróciła, natychmiast zauważyła pokaźny ubytek.
– O nie! Nie wierzę, zjadłeś mi loda! – Usiadła koło chłopaka i obróciwszy się do niego plecami, założyła ręce na piersi, udając obrażoną.
– Tak długo nie wracałaś, miał mi się rozlać na dłoni? – zapytał i podłożył Fran pozostałość po lodzie pod sam nos. – Może się skusisz? Dużo zostało.
Odpowiedziało mu jedynie głośne „pfff”, na co Marco zaśmiał się głośno.
– Nie to nie, mi bardzo posmakował – powiedział i cofnął rękę, w celu wzięcia pokaźnego gryza. Francesca obróciła się szybko, chcąc go ocalić. Zrobiła to tak gwałtownie, że przy okazji trąciła rękę chłopaka, w efekcie czego lód zamiast w buzi, wylądował mu na nosie.
Fran zaczęła się śmiać tak głośno, że mało nie spadła z ławki.
– Hahaha, przepraszam, hahahah, ja naprawdę hahahahaha, nie chciałam. – Próbowała na niego nie patrzeć, bo gdy tylko to zrobiła, znów wybuchała śmiechem.
– Wiem, że podobam ci się w zielonym, ale masz może chusteczki?
– Pewnie. – Fran zaczęła przeszukiwać torebkę, a kiedy już znalazła paczkę chusteczek, zaczęła wycierać delikatnie lód z twarzy chłopaka, chichocząc cicho. Wyglądał naprawdę uroczo, kiedy wywracał oczami. Kiedy prawie starła wszystko, przez przypadek musnęła policzek chłopaka wierzchem dłoni. Wtedy uświadomiła sobie, jak blisko ich twarze się znajdują. Nie mogąc się powstrzymać, rozchyliła wargi i spojrzała w oczy chłopaka, czując do nich straszliwe przyciąganie. Każda sekunda zamieniała się w godzinę, a Francesca nie mogła uwierzyć w to,  jak głębokie są te brązowe oczy. Na tle jego jasnej twarzy oświetlonej przez pomału zachodzące za chmury słońce, ciemne tęczówki migotały wesoło, jakby miały w sobie iskry. Było to spojrzenie radosne i głębokie, bardzo głębokie. Miała wrażenie, że ma na imię Charlie i tonie w fabryce ciemnej, słodkiej czekolady. Była to myśl tak abstrakcyjna, że poczuła się sobą zażenowana.
A może zażenowana tym, że nie potrafiła utrzymać się na powierzchni tej czekolady. Tonęła.
Poczuła dotyk dłoni chłopaka, delikatnie unoszącego do góry jej podbródek, dystans zmniejszył się jeszcze bardziej i kiedy Fran była już całkowicie pewna, że skończy się na pocałunku, którego tak w tym momencie pragnęła… Marco przesunął się nieco i musnął jej policzek, tak delikatnie, że ledwo poczuła, wystarczyło to jednak, aby miejsce, gdzie przed chwilą spoczywały jego usta wypełniła krwista czerwień i gorąco przywodzące na myśl piekło. 
Zamrugała powiekami zaskoczona, kiedy Marco się od niej odsunął. Wbijał wzrok w ziemię i wyglądał na naprawdę zażenowanego, nie mniej niż Francesca.
 Co się przed chwilą wydarzyło? – zapytała się w myślach i nagle dotarło do niej, jak bardzo chciała, by ją pocałował. Chociaż z drugiej strony była mu wdzięczna, że tego nie zrobił.
Oh yeah, why don’t you love me? Tell me baby why don’t you love me? When I make me so damn easy to love…
Silny, elektryzujący głos Beyonce stał się dla niej wybawieniem od tej niecodziennej chwili, ale z drugiej strony oznaczała kończącą się cierpliwość Luci. Posłała Marco przepraszające spojrzenie i odebrała, tym razem nie ruszając się dalej na krok.
– Co znowu? – warknęła w słuchawkę i wsłuchała się przez chwilę w głos po drugiej stronie. – Przecież powiedziałam, że zaraz będę. Daj mi pół godziny, dopiero wyszłam ze studia… Pa.
Swoją Nokię schowała do niewielkich rozmiarów skórzanej torebki nabijanej nitami, którą przełożoną mała przez ramię. Zakupiła ją całkiem niedawno i to za pół ceny, co czyniło ten niezbędny każdej kobiecie atrybut bardzo udaną inwestycją.
Francesca swoją twarz zwróciła w stronę Marco, trochę podjudzona kazaniem otrzymanym od brata.
– Musisz iść? – Pokiwała głową na słowa chłopaka. Westchnął przeciągle i podniósł się delikatnie z ciemno–brązowej ławki. Podał dziewczynie rękę, chcąc pomóc jej wstać. Całe szczęście, dobrze odebrała ten gest, jednak później ciemnowłosy miał problem ze zmuszeniem się do jej puszczenia, więc czekał, aż panna Restó sama cofnie rękę, o ile będzie tego chciała. Ku jego radości – wcale tak nie było.
Cisza między nimi była prawie namacalna, kiedy stali naprzeciwko siebie, patrząc na czubki swoich butów, w wyczekiwaniu, aż któreś z nich podejmie jakikolwiek krok.
W końcu, pierwsza odezwała się dziewczyna. Uniosła głowę, żeby spojrzeć Marco w oczy i uśmiechnęła się nieśmiało:
– Więc, może chciałbyś mnie odprowadzić?


Wyszedł pół godziny temu i pewnie nikt nie uwierzyłby mi, gdybym powiedziała, że te pół godziny spędziłam gapiąc się w ścianę z uśmiechem niemal tak szerokim, jak ten Jokera, w tym pozytywnym znaczeniu. Nic nie poradzę na to, że kiedy o nim pomyślę, mam ochotę śpiewać, tańczyć, a nawet robić rzeczy, na które w normalnych warunkach nie miałabym ochoty (na przykład sprzątać).
Zdarzają się chwile, kiedy próbuję znaleźć słowa określające mój stan względem Leóna. Przeczytałam setki romansów, marząc o idealnej miłości, czytając te wszystkie piękne opisy… Doszłam do wniosku, że żaden opis, żadne słowa, zwroty, nawet razem wzięte, nie znaczą nic. Wszystkie gesty, piosenki, to tylko próby wyrażenia czegoś, co jest nie do wyrażenia. Dlatego dałam sobie spokój.
Możemy mówić innym, że ich kochamy, możemy ich całować, możemy śpiewać najcudowniejsze serenady pod oknem w gwiaździstą noc (wciąż marzę o tym, że Leon się na to odważy, ale po ostatniej konfrontacji z moim tatą i Tomasem szczerze w to wątpię J), ale tak naprawdę ani jeden sposób nie będzie tak dobry, jak widok iskierek w oczach na widok ukochanej osoby patrzącej na ciebie, trzymającej dłoń w miejscu, gdzie jest twoje serce.

Czasem, podczas przeżywania takich pięknych chwil, wręcz nie wierzę, że tu jestem. Znalazłam swoje miejsce we wszechświecie po wielu latach tułaczki w charakterze podręcznego bagażu ojca. Znalazłam ten dom, odnalazłam miejsca, które dają mi szczęście – ukochaną ławkę w parku, zatoczkę, Studio. Odnalazłam ludzi, którzy byli mi przeznaczeni, skrojeni na moją miarę. Odnalazłam swoją ciocię, chociaż to ona odnalazła mnie. Znów mam tatę. Odnalazłam Leóna. Odnalazłam siebie.
Odszukałam te wszystkie skarby i nie mogę pojąć, że stało się to w rok. Najbardziej szalony, najbardziej zaskakujący, najlepszy rok w moim życiu.
Teraz, kiedy jest idealnie, co mogłoby się zepsuć? Co mogłoby pójść nie tak?